Kilka myśli o smutku i czasie.
Kilka myśli o smutku i czasie.
Jest pewien rodzaj smutku, który pojawia się, kiedy trochę już wiesz i własne życie bardziej niż oczekiwaniem staje się zdziwieniem, że jesteś. Kiedy dochodzi do ciebie, że życie to nie wielka podróż, a bardziej mijane szczeliny światła, pośród przestrzeni kruchości.
I nagle tyle rzeczy cię zatrzymuje i tak bardzo porusza. Mijana na ulicy w obcym mieście kilka dni temu kobieta z psem na rękach, pod parasolem. Gołębie, które tam karmiłam. Krzyk mewy. Zapach morza i obcy kapelusz na krześle.
Albo pomost nad rzeką, tydzień temu, na którym tak dawno nie siedziałam. Kiedyś bywaliśmy tam wszyscy, każdego lata.
I jeszcze mały chłopiec, którego minęłam na ulicy, machający do mnie nagle ze swojej spacerówki.
I labrador, w kolorze czekolady, wtulony we mnie, jej coraz większe siwe plamki sierści pod brodą i na tylnych łapach.
Im więcej wydaje mi się oczywiste, im bardziej już wiem, że nie wszystko sprzyja i nie wszystko się spełni, mimo brawury planów i marzeń, tym częściej się zatrzymuję.
Im więcej świadomości kruchości ludzi i doświadczenia ich braku, im więcej prześwitów w życiu, tym bardziej poruszają mnie przebłyski radości, życia i czułości w nim.
Tym bardziej zajmują mnie, tak mocno i do łez, ponieważ już wiem, że będą trwały tylko chwilę, że one też zaraz znikną, mnie, innym. Już dobrze to znam.
Codzienność istnienia, tak zupełnie inna niż ta, z dawnych wielkich oczekiwań i głośnego optymizmu. Tak daleka od tego, co sobie kiedyś wyobrażałam i dzisiaj tak nieoczywista.
Tęskniąc za dawnym życiem, pełnym kompletnej niewiary w końce świata, wycieram co chwilę oczy, między jednym, a drugim przebłyskiem prostych gestów, współodczuwaniem istnienia, ciągle zachwytu.
To jest dobre i karmiące. Mimo wszystko.

