Wpisy

Lubię, kiedy rozlewa mi się miłość w środku.

27 listopada 2021

Lubię, kiedy rozlewa mi się miłość w środku.

Latem jest prosto, bo lato nie ma wad, jest sumą pachnących i pięknych zalet. Latem łatwo jest kochać, właściwie nie trzeba robić nic. Miłość odbywa i rozlewa się sama, jak miód, gęsta i słodka.

Jesienią trzeba się zatrzymać, w taki listopad jak dzisiaj, zasypany śniegiem i zasnuty szarym kocem nieba, jeszcze bardziej. Jesienią trzeba się zanurzyć, mimo chłodu otworzyć siebie, zajrzeć  tam najgłębiej.

W ciemności, kiedy dzieci jeszcze w snach i innych galaktykach, wracam ze spaceru, wycieram mokrego psa i mokrą siebie. Siadam ze szklanką ciepłej wody, czekam, aż rozjaśni się świat. 

Myślę o wszystkich swoich świtach, które we mnie zostały. Tych z mojego miasta, kiedy wszystko wydawało się proste i w nieskończoności, tych znad morza na południu i na północy, z łąki nad jeziorem, o tych wielu świtach z tego miasta, które ciągle nie jest moim i pewnie nigdy nie będzie.

O świcie, mimo wszystko, nawet dziś, nawet tutaj, rozlewa mi się miłość w środku. 

Wtedy na chwilę wszystko jest nadzieją, bez początku i końca, życie jest po prostu zdumieniem własnej obecności, poza tym nic nie ma znaczenia. Nieotwarte listy, czekające rozmowy, rachunki, wszystko to, czego, nie wiem, a powinnam wiedzieć, co mnie przerasta, moje osobiste góry do przejścia.

Na parę minut zamykam oczy, potem budzę dzieci, zabieram ich z ciepłych krain ich kołder.

Wyciągam spod swetra trochę miłości i wrzucam do kieszeni kurtek zanim wyjdą do szkoły.

Koam cię, słyszę jeszcze zza drzwi, to -h- uciekło dawno temu, pewnie nigdy nie wróci.

Poza tym wszystkim na zewnątrz, co odbędzie się tak czy tak, według zasad systemu, bez mojego udziału – mogę zawsze, wcześnie rano otwierać szeroko oczy i nie brać za oczywiste własnego istnienia.

Miłość rozlewa się nieoczekiwanie. 

Kiedy otwieram okno i chłód końca listopada rozkłada się w mieszkaniu, kiedy gładzę jeszcze ciepłe kołdry, kiedy siadam na na chwilę na łóżku i na kolanach kładzie się pies ogrzewając mi ręce. 

Kiedy kroję jeszcze ciepły chleb.

Wynoszę na taras zagubionego na parapecie chrząszcza.

Słyszę bulgot gotującej się kawy. Biorę jej pierwszy łyk.

W swojej głowie wyruszam w podróż nad morze i przypominam sobie strukturę piasku pod stopami. Słoność wody.

Kiedy piszę. 

Mikrozatrzymania codzienności, nawet tęsknota jest wtedy miłością, która została i której daję miejsce bez smutku.

W sobotę wychodzę w świat i pierwszy śnieg tego roku. Pies kręci się w kółko z radości, wydeptujemy na łące nowe ścieżki.

Musimy zaryzykować zachwyt, pisał John Gilbert. 

I jeszcze miłość wobec własnej bezbronności.

Nie mam lepszego pomysłu na życie.

xoxo,

a.

muzyka na dziś – saib: whale call

Dziękuję, że jesteś moim Patronem. Twoje wsparcie jest wyjątkowe i dzięki niemu tworzy się już kilka nowych rzeczy.

Jeśli jeszcze nie jesteś, możesz dołączyć tu:

https://patronite.pl/agnesonthecloud

TAGS
POWIĄZANE WPISY
Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Literatka, fotografka, nefelibata. Opowiadam historie o codzienności, w której w soboty jest zen, a we wtorki końce świata (albo na odwrót i w zupełnie inne dni). Czasami piszę książki, zawsze mam w torbie aparat, na ogół polegam w kuchni. Codziennie bujam w obłokach. Stamtąd wszystko lepiej widać.

Zapisz się!

Facebook