Wpisy

Na chmurze.

9 lipca 2021

Na chmurze.

I tylko pies ciągle nie wie, o co chodzi. Cały czas obok, gotowy do pocieszania, przynosi codziennie swoje zabawki. Kładzie się obok, kiedy nie mogę wstać z kanapy, kiedy nie mogę się nawet ruszyć, bo tak bardzo boli nieobecność.

Stoję w samym środku życia, które jak gdyby nigdy nic pulsuje oddechem, w którym tak samo jak w ubiegłym roku mijają upalne dni lipca, przekwitają piwonie i dojrzewają orzechy i miasto tak samo jak co dzień budzi się hałaśliwie wcześnie rano. 

Nie sprawdzam już, co robiłam tamtego lata o tej samej porze, na dzień dzisiejszy chyba nawet nie mogę sobie dobrze przypomnieć, tyle zdarzyło od tamtego czasu, że wydaje mi się, że minęły już całe lata. A ja jestem kimś zupełnie innym.

Wiem, że to oddychające życie, to co w nim istnieje, od szorstkiej trawy pod stopami po słońce nad głową, daje mi teraz wszystko, co jest potrzebne, żeby ukoić i uznać to, co się stało. 

Poddaję się zatem temu niezmiennemu rytmowi przemijania i odradzania się. Wiem, że nawet to, co dziś tak boli, niemożliwie, stanie się czymś, z czym w końcu nauczę się sobie radzić. Nauczę się sobie radzić ze sobą. Nauczę się siebie. Ostrożnie, z czułością, jak z blizną po głębokiej ranie.

Składam się więc rozsypaną do granic, czasem mniej, czasem bardziej. Krok do przodu, trzy do tyłu, pół w przód, na dziś więcej nie mam siły. Tyle wystarczy. Niczego od siebie nie wymagam. 

Czasem nie mogę zrobić nic poza rozpłakaniem się.

Czasem są też dni, kiedy zatrzymuję się gdzieś w środku dnia w pół słowa i gestu i wydaje mi się, że to nie jest jednak moje życie. To sen. Ale skoro w nim jestem, to kto zatem śni i dlaczego to taka opowieść?

***

O piątej trzydzieści rano jednak zawsze zwycięża życie. Za oknem ptaki ze swoją codzienną, poranną historią, beztroska lipca i intensywność samolotów na niebie i autostrady w kierunku na południe, do słońca i nad falującą wodę. 

Obok mojej twarzy oddech psa gotowego do kompletnej radości istnienia, jakby poza tą obecną chwilą niczego innego nie było.

Zanurzam się więc w to życie wiedząc, że dziś będzie mi łatwiej niż wczoraj. Oswajam to, co nowe, cierpliwie, bez pośpiechu i wyparcia. 

Piję w ciszy kawę, kroję jeszcze ciepły chleb, czekam, aż wstaną dzieci. 

***

Wracam do mojego miasta, w którym w sobotę po południu nie ma już świateł na skrzyżowaniach, jest tak pusto. 

Wracam do miejsc, których mieszanką jestem. Do ludzi, słów, dzikości serca i jego blizn. Czuję każdy swój szew, każde zgrubienie i gładkość. 

Nie byłoby mnie, gdyby nie to wszystko. Również to, co odeszło stąd, stając się gwiezdnym pyłem. Może już nową gwiazdą?…

Jakie to piękne, że mogliśmy się siebie doświadczyć w tym wielkim, niekończącym się wszechświecie.

Do zobaczenia.

dobrego lipca,

xoxo,

a.

TAGS
POWIĄZANE WPISY
Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Literatka, fotografka, nefelibata. Opowiadam historie o codzienności, w której w soboty jest zen, a we wtorki końce świata (albo na odwrót i w zupełnie inne dni). Czasami piszę książki, zawsze mam w torbie aparat, na ogół polegam w kuchni. Codziennie bujam w obłokach. Stamtąd wszystko lepiej widać.

Zapisz się!
Facebook