Wpisy

Letnia obfitość.

31 lipca 2021

Letnia obfitość.

Jak się masz, pyta starszy B. o poranku. Już otwieram usta, już składam w głowie zdania, które nie opowiedzą mu dosłownie o tym, że dzisiaj nie mogę sobie poradzić, nie mogę się ruszyć, bo boję się, że się rozsypię, a przecież jestem matką, mają tylko mnie, on i młodsza B. i mam być dzielna i nie mogę się tak po prostu rozpaść i przez chwilę nie istnieć.

Chcę wiedzieć, jak się czujesz t e r a z, w tym momencie, przerywa cicho moją układającą się właśnie opowieść mój czternastoletni syn, a ja patrzę na niego zdziwiona, zdumiona dojrzałością jego i pytania, które zadaje. 

Patrzę w jego szare oczy i widzę na twarzy uśmiech. 

Dobrze się mam, synku, odpowiadam zaskoczona, bo naglę czuję całe swoje ciało, złożone w całość, a uśmiech mojego dziecka, jego obecność, jest jak zdumiewające uziemienie, jak korzenie, które oplatają moje stopy, pokazują, że jestem i trwam. 

Jak cię widzę, mam się dobrze, synku.

Kiedy wychodzi z pokoju zamykam oczy, żeby się nie rozpłakać. 

Jestem. W tym zatrzymaniu i zaskoczeniu wszystkim, co się nam wydarzyło, jestem. W czasie, który kocham najbardziej. Jakie to absurdalne, a może i nie, może wcale nie przypadkowe, nie wiem. W czasie lata, słońca bez granic, absolutnej beztroski i dzikości serca. Dojrzałości kwiatów i owoców, prostoty i niespieszności, corocznego zaufania, że wszystko będzie dobrze, że się ułoży. 

I choć tak trudne jest to lato w tym roku, inne niż wszystkie, pełne skurczów serca i bólu brzucha, czasem zdarza mi się w nim, przez chwilę, w zatrzymaniu, poczuć się dobrze.

Kiedy przytulam moje dzieci, jest mi dobrze.

Kiedy przesadzam kwiaty i czuję grudki i zapach ziemi pod palcami.

Kiedy palce pełne mam zapachu mięty, która co roku wyrasta w doniczce i zostaje ze mną do jesieni.

Kiedy przygotowuję obiad i siadamy potem razem przy stole.

Kiedy rano budzi mnie mocny dźwięk merdającego, uderzającego o podłogę ogona mojego psa, czekającego, aż się podniosę, jest mi dobrze. 

Siadam na łóżku, wciągam do płuc resztki nocy i jej chłodu, myślę o miłości i nieskończoności. 

O obfitości objawiającej się w tych wszystkich mikrosekundach tu i teraz, którą widzi mój syn (pomaga mi to, mówi potem do mnie, sama mnie tego nauczyłaś, choć ja tego wcale nie pamiętam).

Kojący chłód mokrej trawy o poranku. 

Smak lipcowych pomidorów. 

Beztroska wiatru wrzucającego liście z tarasu do mieszkania. 

Wiadomość od kogoś, pełna dobrych słów i wsparcia. 

Chłód wody na twarzy w upalny dzień.

Nagły zapach przeżytej dawno chwili, która była dobra.

 

Zapisuję. Na zapas, na jesień, na zimę, na krótkie dni i długie noce.

obfitości lata,

xoxo,

a.

TAGS
POWIĄZANE WPISY
Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Literatka, fotografka, nefelibata. Opowiadam historie o codzienności, w której w soboty jest zen, a we wtorki końce świata (albo na odwrót i w zupełnie inne dni). Czasami piszę książki, zawsze mam w torbie aparat, na ogół polegam w kuchni. Codziennie bujam w obłokach. Stamtąd wszystko lepiej widać.

Zapisz się!
Facebook