Wpisy

Molekuły.

6 lutego 2021

Molekuły.

W piątek po południu dopijam kolejną zimną kawę, pozostawioną rano, myślę, co jeszcze powinnam zrobić według swojej własnej, długiej księgi powinności. Co zorganizować, co powiedzieć, o czym nie zapomnieć, co przygotować? I jak tu się jeszcze ulepszyć? Troszeczkę. Czego powymagać od siebie, za co się skrzywić, o co się wkurzyć na macie, że mi nie wychodzi?

Tyle czasu poświęcałam kiedyś na poszukiwanie lepszej siebie i życia, które miało być tym najwspanialszym i wymarzonym.

Jakie będzie, myślałam, kiedy już uda się się to osiągnąć?

Jakie byłoby, równiutko przystrzyżone i zaprogramowane, żeby ani chwilki z niego nie tracić na rzeczy niepotrzebne?

Z jakich wspaniałych nawyków powinnam być wtedy złożona i poskładana? Jak bardzo byłabym wtedy szczęśliwa, jak już bym się w tym życiu nareszcie urządziła?

Piszę – kiedyś, a jednak dopijając tę zimną kawę w piątek , której prawdę mówiąc nie cierpię,  łapię się na tym, że pędzę, że coś ciągle muszę, że księga powinności otwiera się od czasu do czasu.

Że gonię za umysłem, że uciekam od tego, co jest. 

Jakiś czas temu starszy B. zapytał: kiedy otworzysz tego szampana, który stoi na pólce w spiżarni?

– Nie wiem, jak przyjdzie czas. 

– Ale jaki czas? 

– Może jak będzie ciepło? 

– Ale w ubiegłym roku latem ten szampan też tam stał. 

Więc kiedy zdarzy mi się ten czas?…

A jeśli już był? A jeśli jest codziennie?

Wychodzę boso na zimne deski tarasu. Nic mnie tak nie przywraca do pionu, ten chłód i idąca za tym prostująca świadomość bezradności, gdyby mi cały ten mój komfort zabrali. Te deski pod stopami. Bliskich ludzi. Duży stół, przy którym siedzimy, śmiejemy i kłócimy. Sprawczość. Oddech.

I nagle czuję. Santosha. Jest wszystko. Nic więcej nie potrzeba.

Wieczorem oglądamy z młodszą B. zdjęcia sprzed kilku lat. Uszczerbki w szerokich, mlecznych uśmiechach ich dwójki, starszego i młodszej.

Mikrokosmos.

Molekuły.

Na zdjęciu nagle widoczna kompletność.

Wszystko na wyciągnięcie ręki. W mikromomentach.

Czy chcesz być tu, czy gdzieś indziej? – znowu czytam pytanie Ajahna Brahma (są książki które otwierają się przed nami szkatułkowo i jego Buddyjska sztuka znikania taką właśnie jest, znowu mam ją przy sobie i odkrywam w jej lekturze kolejne sensy).

Na dzień dzisiejszy nie mogę być nigdzie indziej, a jestli nawet, to inne miejsce nie zmieni tego, co czuję i tego, co jest. Wszędzie zabieram siebie i sposób, w jaki przyjmuję to, co jest.

Zatem zostaję, odpowiadam Brahmowi, zostaję tutaj, moje życie i wszystko, co w nim, potrzebują mnie. Ja jego. Takiej, jakiej jestem. 

To, co jest, co się przytrafia, musi zostać przeżyte.

••• 

Punktualnie o siódmej rano, telefon świeci uprzejmym dzień dobry. Dziś, w sobotę, szóstego lutego, słońce zajdzie dopiero o siedemnastej zero jeden. Powód numer 14 do tego, żeby zamknąć oczy i poczuć radość. Tyle już światła, w które można się zanurzać. 

Otwieram okno, różowy świat  wschodzącego słońca zalewa cały mój pokój. Pies czeka z dzikością psiego serca i w pełnej gotowości na spacer. Pies. Powód numer 4, żeby się bezwarunkowo uśmiechać.

Lody w sobotę rano. Palce moich dzieci i psi nos odbite na szybie, usuwane bez końca. Bezsenna noc. Często skurcz serca i strach. Kawa, o której zawsze zapominam, choć dziś siadam i piję ciepłą. Dziecięce sny, które zbieram co rano i wypuszczam w świat. 

Trzeba mocno oddychać.

I szeroko otwierać oczy.

Molekuły drobnych, najważniejszych sensów na wyciągnięcie ręki.

Jakie są Twoje?

xoxo.

a.

TAGS
POWIĄZANE WPISY
Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Literatka, fotografka, nefelibata. Opowiadam historie o codzienności, w której w soboty jest zen, a we wtorki końce świata (albo na odwrót i w zupełnie inne dni). Czasami piszę książki, zawsze mam w torbie aparat, na ogół polegam w kuchni. Codziennie bujam w obłokach. Stamtąd wszystko lepiej widać.

Zapisz się!
Facebook