Wpisy

Co mówi do mnie Carmen?

2 października 2020

Co mówi do mnie Carmen?

Carmen poznałam trzynaście lat temu. Jej wielki dom, z jeszcze większym ogrodem, był jedynym w tej krótkiej, ślepej uliczce na przedmieściach, na której mieliśmy zaraz zamieszkać. Ma numer 7. 

A potem wprowadziliśmy się my. Sześćdziesiąt mniej albo bardziej głośnych rodzin z dziećmi albo bez, ze zwierzętami, sportowymi rowerami, piłkami, grillami i kosiarkami. Osiedle dostało numer 9.

Carmen jest Hiszpanką, ale od kilkudziesięciu lat mieszka tutaj. Na drzwiach wejściowych ma ceramiczną płytkę, z napisem Sewilla. Zawsze się uśmiecha, jej mąż nigdy.

Młodszy B. ma kilka tygodni, kiedy ją pierwszy raz spotykam. Okazuje się, że jej wnuk, mieszkający daleko, ma tak samo na imię jak mój syn. Może przez to mnie zapamiętuje? 

To chyba jest mało przyjemne dla was, tyle głośnych, rozbieganych sąsiadów na raz? – pytam przy kolejnym spotkaniu. Wręcz przeciwnie, mówi, wreszcie nie jesteśmy tutaj sami. I znowu mam małe dzieci. Całe ich mnóstwo, śmieje się. I można patrzeć, jak rosną. 

Życie, kochanie, życie jest po to, żeby się nim cieszyć. Dzisiaj. Nikt nie wie, co będzie jutro.

Kiedy pojawia się młodsza B., w ogrodzie Carmen staje trampolina, dla wnuka, który mieszka daleko i na trampolinie zaczynają też skakać moje dzieci. Siedzimy coraz częściej w jej ogrodzie, do którego wędrują wszystkie pobliskie koty z osiedla i spędzają tam całe dnie. 

Ogród odnajduje też bażant samotnik, zagubiony na przedmieściach zamieszkuje tam. Niedawno pojawił się też najprawdziwszy gołąb pocztowy. Po prostu przyleciał i nie wiem, co mam z nim zrobić, mówi.

Latem dostaję od niej pęki rozmarynu i lawendy, zrywam z drzewa figi i zabieram ze sobą orzechy. Ogród jest jak życie, mówi, trzeba cały czas o niego dbać. Ale tyle mi oddaje… Chodź, pokażę ci, jakie mi dynie wyrosły, co z nimi zrobić, nie wiem, są tak wielkie.

Dbasz o siebie? – pyta za każdym razem, kiedy ją spotykam – pamiętaj, żeby dbać o siebie samą. Siebie samych trzeba kochać.

Och, mówi widząc Sienę pierwszy raz, czuję się, jakbyśmy znowu mieli psa. Basco, jej pies, radosny i szczekający wokół trampoliny ze skaczącymi dziećmi miał siedemnaście lat, jak odszedł. 

Więc od prawie trzech lat przychodzę też do niej z psem. Idź zrób sobie herbatę, pies niech biega, mówi, jeszcze tylko dokończę z tą lawendą i zaraz przyjdę, rozgość się.

To ważne, mówi do mnie Carmen, żeby spędzać czas razem, jak najwięcej, życie, kochanie, jest po to, żeby się nim cieszyć, nie mamy przecież pojęcia, co będzie jutro, powtarza niezmiennie.

Któregoś popołudnia opowiada, że jej mąż przeszedł dawno temu wypadek, że w zasadzie nie powinien się poruszać. Że od wielu lat bierze leki, żeby normalnie funkcjonować. Gdzie jest teraz? – pytam. Poszedł po smakołyki dla twojego psa. Skończyły się. 

Przełykam ślinę. Jest mi tak bardzo głupio.

Jak dzieci? – pyta kolejnego lata – wszystko dobrze? Tak bardzo znowu urosły, wspaniałe są! U twojego męża też wszystko w porządku? To dobrze, ale pamiętaj też, żeby dbać o siebie, to jest naprawdę ważne, żeby o sobie nie zapominać.

W życiu tak naprawdę nie potrzeba wiele, mówi mi Carmen, jest tylko dzisiaj, po co się zamartwiać o coś, o czym nie mamy pojęcia, skąd wiesz, jakie będzie jutro? Trzeba tylko kochać i cieszyć się tym, co jest. 

Spotykam ją dziś rano, zatrzymuje się, nagle pochylona. Mówi, że jej mąż jest w szpitalu od tygodnia, że stracił na chwilę świadomość, potem pamięć, że wyszedł niezauważony ze szpitala, nie wiedział, gdzie jest, nie można go było znaleźć. Ale już jest lepiej, mówi, już jest lepiej i może za tydzień będzie już w domu.

Pamiętaj, kochanie, dbajcie o siebie, życie jest dzisiaj. I takie kruche.

Będzie dobrze, mówię dziś ja do Carmen, nasze myśli mają znaczenie, myślmy więc dobrze i z nadzieją, to ważne, wszyscy jesteśmy połączeni. 

Jak kawałeczki pomarańczy, odpowiada.

Hiszpańskiej pomarańczy? – pytam?

Śmieje się. 

Idź ciesz się życiem, kochanie, mówi do mnie Carmen. Po to jest. Po to jesteśmy.

I dobrze, że ty jesteś.

I Ty też, Carmen. Dziękuję.

dobrego października,

xoxo,

a.

 

TAGS
POWIĄZANE WPISY
Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Literatka, fotografka, nefelibata. Opowiadam historie o codzienności, w której w soboty jest zen, a we wtorki końce świata (albo na odwrót i w zupełnie inne dni). Czasami piszę książki, zawsze mam w torbie aparat, na ogół polegam w kuchni. Codziennie bujam w obłokach. Stamtąd wszystko lepiej widać.

Zapisz się!
Facebook