Wpisy

Na którym miejscu na liście jesteś?

4 września 2020

Na którym miejscu na liście jesteś?

Zatrzymało mnie ostatnio pytanie – gdyby cię poproszono o wymienienie nazw wszystkiego, co kochasz, jak dużo czasu zabrałoby ci wspomnienie siebie? 

Na którym miejscu na liście jesteś?

Przeglądamy się w innych jak w lustrze. Wszystko to, co nas uwiera, a czego nie jesteśmy świadomi, znajdziemy w wadach innych. Podobnie wszystko, czego nie dajemy sobie przez brak miłości własnej, będzie zawsze projektowanym brakiem wynajdowanym u tych, którzy stoją naprzeciwko nas.

Najtrudniejsza miłość świata. Do siebie samego.

Pochodzę z domu kobiet pełnych poświęcenia (słowo, na dźwięk którego drżę, bynajmniej nie z radości) dla innych, bliższych i dalszych, całego świata, w imię niezidentyfikowanej, konsekwentnie realizowanej idei braku przyjemności w życiu i zauważania siebie na rzecz pracy organicznej celem dobrostanu wszystkich, tylko nie swojego. 

Piszę o tym z żalem, przypominając sobie moją babkę i mamę, podejrzewam, że opowieść o tym ciągnie się dalej niż tylko przez te dwa pokolenia. Piszę z melancholią, ale i poczuciem powolnej, nieznanej mi wolności od tego, bo przez bardzo długi czas traktowałam tak siebie. Z misją służenia przede wszystkim innym, z lajtmotywem całego mojego dzieciństwa, który na długo uczynił mnie samą dla siebie niewidzialną  – bądź mądrzejsza, ustąp, nie komentuj, miej wewnętrzną satysfakcję. 

Jednym słowem – nie istniej. 

Zabrało mi to na wiele lat jakikolwiek kontakt ze sobą, na poziomie emocjonalnym, nie umiejąc definiować własnych potrzeb (a co dopiero realizować je) i poziomie fizycznym, absolutnie ignorując swoje ciało i nie mając z nim żadnej więzi. 

Odkrycie przyszło wiele lat temu (choć z realizacją wniosków z niego wypływających znowu był poślizg), w momencie, w którym świetnie umiałam wymienić ilość swoich ukończonych dyplomów i zakres wiedzy, którą się otoczyłam, natomiast nie byłam w stanie ani słowa powiedzieć o sobie, kim jestem bez swoich ról i funkcji społecznych i omijałam lustra, żeby siebie nie widzieć.

Odkrycie było bardzo proste – nie możesz dać światu tego, czego sama nie masz. Nie można być w relacji z innymi w poczuciu ich całkowitej akceptacji i radości z bycia z kimś, jeśli nie ma się tego w stosunku do samego siebie.

Można też rozprawiać o miłości do siebie całe lata, studiować i podążać ścieżką oświeconych i mistyków, mistrzowsko racjonalizować, nawet afirmować co rano do lustra  cudownie, że jesteś, ale jeśli nie uznasz siebie na poziomie czucia, nie – umysłu, na poziomie serca, głębokiego szacunku i uznania swojej osoby, przyznania sobie praw do bycia taką, jaką jesteś, w takim, a nie innym ciele, to twoja ścieżka zawsze będzie pracą o uznanie w oczach innych. Pracą, która nigdy się nie kończy, a która nie ma sensu, bo staje się ścieżką prowadzoną według wyobrażeń innych.

To jest tym bardziej trudne, ponieważ żyjemy w kulturze wzrostu i rozwoju opartego na tym, co jest na zewnątrz – chcąc być lepszym tam szukamy punktów odniesienia, ale to wszystko ciągle dotyczy bycia lepszym w naszych rolach, emocjach (lub panowania nad nimi) czy społecznych funkcjach, natomiast najczęściej nie dotyczy na najgłębszym poziomie nas samych. Poczucia jestestwa i głębokiej akceptacji.

Dopiero wtedy, kiedy na liście tego, co kochasz, znajdziesz się ty, możesz naprawdę zacząć wyznaczać granice i dowiedzieć się, kim jesteś. Co ci służy, a co w ogóle. Czego chcesz i potrzebujesz, a czego wcale. 

Będąc lojalnym w stosunku do siebie, podążając za sobą, to, co nam nie wychodzi, nie staje się powodem do biczowania, a doświadczaniem życia w całym jego nieprzewidywalnym procesie. Uznaniem tego, również tego, że nie wszystko nam się uda i spełni i to jest absolutnie w porządku, jest ludzkie.

Spojrzenie na siebie w lustrze, uważnie, długo, to również przyznanie się do ciała, które nas nosi. Które wszystko pamięta, każdą autoagresję.

Na poziomie emocjonalnym zaczęłam mieć kontakt ze sobą, kiedy wyciągnęłam z szafy pisanie. Wróciłam do ciała przez medytację, od jakiegoś czasu stojąc znowu uważnie na macie (przez ostanie czternaście lat stawałam na niej i uciekałam, nic dziwnego, w tym miejscu ciało potrzebuje przecież uznania…). To moja ścieżka, twoja pewnie była albo będzie inna. 

Na dzień dzisiejszy nie spieram się ze sobą. Zwracam uwagę na to, czym się karmię. Uznaję swoją wrażliwość i mogę dzięki temu uznawać wrażliwość bliskich mi ludzi i przez to lepiej ich kochać i wspierać. Nie trzymam się kurczowo siebie sprzed kilku lat, pozwalam się sobie rozwijać, uznaję zmieniające się potrzeby. 

Najważniejsze jednak jest to, że zmienił się kierunek podróży. Zamiast z parciem na zewnątrz i do góry, do wewnątrz i w spokoju. Kierując się do siebie, czasem też ze strachem, mogę lepiej rozumieć innych i świat i mocniej, głębiej w nim być.

Dwa kroki do przodu, krok w tył, trzy do przodu, powrót do schematów umysłu, wygoda i spokój, niewygoda, dwa w tył, dwa do przodu, dwa do przodu, znów jeden w tył. Życie.

•••

„Idź i zadbaj o siebie. Twoje ciało cię potrzebuje, twoje uczucia cię potrzebują, twoja percepcja potrzebuje się również. Twój smutek też potrzebuje, abyś go uznał. Idź do domu i bądź tam dla tych wszystkich rzeczy”.

(Thich Nhat Hahn)

Mnie zmieniło to tak wiele.

Uściski, xoxo, a.

TAGS
POWIĄZANE WPISY
Jesień i życioczułość.

25 września 2020

Graniczność.

19 września 2020

W kręgu.

11 września 2020

Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Literatka, fotografka, nefelibata. Opowiadam historie o codzienności, w której w soboty jest zen, a we wtorki końce świata (albo na odwrót i w zupełnie inne dni). Czasami piszę książki, zawsze mam w torbie aparat, na ogół polegam w kuchni. Codziennie bujam w obłokach. Stamtąd wszystko lepiej widać.

Zapisz się!