Wpisy

Graniczność.

19 września 2020

Graniczność.

Graniczność to gdzieś pomiędzy, bez przynależności do konkretnego miejsca, a jednak przynależności wszędzie, gdzieś w nieustannej wolności przemieszczania się i wyboru, gdzie zostać na chwilę. Może dwie. Może dłużej, ale zawsze w tej wolności.

Wrzesień powoduje, że się rozpuszczam, dla mnie to miesiąc właśnie graniczny, między słońcem, a już jego cieniem, żegnania dzikości serca i beztroskiego chodzenia boso. Jakbym nie mogła udźwignąć ani siebie ani pojawiającego się chwilami, krótkimi jak szybki oddech, zwątpienia, czy cokolwiek ma sens, skoro z każdym krokiem mijam. I ja i oni, najbliżsi mi. I naprawdę nawet przylatujący motyl wywołuje smutek, bo przecież wiem, że już za chwilę go nie będzie.

Gdziekolwiek jestem, staram się wtedy jak najszybciej wrócić do domu i zająć fizycznie, dosłownie, czymkolwiek, co dotyczy codzienności. Wczoraj zrobiłam porządki w szafkach w kuchni. Pomogło. Zawsze pomaga – nurzanie się w codzienności po czubek głowy. Aż do zmęczenia.

***

Kilka dni temu usiadłam pierwszy raz do zrobienia vision board. Swojska nazwa to mapa marzeń, wolę jednak tę pierwszą, słowo wizja jakoś bardziej mi pasuje, chciałam pozwolić się poprowadzić intuicją i zobaczyć gdzie się znajdę przeglądając gazety i wycinając z nich to, co przykuwa moje oko i czucie. Wylądowałam więc w lesie, wśród drzew i wody, wielości zwierząt i całego mnóstwa wielkich, gościnnych i nakrytych stołów, gotowych na przyjście udzi. 

Dwa dni wcześniej zatrzymało mnie gdzieś w czytaniu zdanie – zapytaj siebie, czego potrzebujesz, co jest dla ciebie ważne, więc może właśnie przyszła do mnie odpowiedź?

Póki co karmię się tym i rozgaszczam przy tym stole, goszczę innych, niech mnie to karmi w te coraz krótsze dni.

***

We wstępie do kolejnej zachwycającej książki, którą czytam (Himalaje. W poszukiwaniu joginów), znajduję kilka słów o ścieżce duchowej, definiowanej jako podróż do siebie. To podróż zaskakująca i trudna, bo przecież nie w tym kierunku, w którym cały czas idziemy – do przodu, na zewnątrz, najlepiej w górę. 

To podróż często tak bardzo niewygodna, prowadząca do miejsc, których wolelibyśmy nie wiedzieć, czasem wstydliwych. Pełnych strachu. I tej najtrudniejszej prawdy, że nie ma na kogo zrzucić odpowiedzialności za swoje życie. Że jest nasze, że to my.

***

David DuChemin, wielki fotograf, dla mnie mój ulubiony pisarz o fotografii, choć czasem nie wiem, czy on przede wszystkim nie o życiu pisze, i to mocno i dobrze, notuje w jednej z książek – kiedy walczymy z życiem, mając oczekiwania i nadzieję ( on pisze o nadziei co do jakości zdjęcia, ale pozwalam sobie wziąć to w nawias), stajemy się absolutnie niezdolni do zobaczenia tego, co jest, a zamiast tego całą energię wkładamy w szukanie tego, co bardzo chcielibyśmy zobaczyć…

A więc istnieć, po prostu, bez życzeniowości i oczekiwań, przede wszystkim natychmiastowych skutków. A w chwilach zwątpienia podnosić głowę do góry, zatrzymywać się i łapać trochę gwiezdnego pyłu, wypełniać nim kieszenie.

Czyli graniczność.

Jednak. 

Więc Henryk Elzenberg miał rację:

celem życia jest: w swojej jednostkowej duszy odbić jak najwięcej kosmosu.

Uściski, xoxo,

a.

TAGS
POWIĄZANE WPISY
Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Literatka, fotografka, nefelibata. Opowiadam historie o codzienności, w której w soboty jest zen, a we wtorki końce świata (albo na odwrót i w zupełnie inne dni). Czasami piszę książki, zawsze mam w torbie aparat, na ogół polegam w kuchni. Codziennie bujam w obłokach. Stamtąd wszystko lepiej widać.

Zapisz się!