Wpisy

Lipcowa opowieść.

3 lipca 2020

Lipcowa opowieść.

W życiu trzeba być twardym, powtarzał zawsze mój ojciec. I nie oglądać się na innych. Nie słuchałam go uważnie, bardziej interesowały mnie wianki z koniczyny, książki i własne pamiętniki w zeszytach w kratkę.

Dzisiaj wcześnie rano spacerując z psem pierwszy raz w życiu widziałam śpiącego trzmiela. Zwinięty w kulkę, puchaty, spał na polnym kwiatku, aż żałowałam, że nie miałam aparatu, żeby to utrwalić. Kawałek dalej, po nocnym deszczu, oglądałam spektakl budzących się ślimaków.

Szósta rano. Jaki to dobry czas na odkrywanie mikroświata i czułości do niego.

Nie budzi się śpiącego, mówi Zen. Nie budzę więc. Zostawiam po cichu przeciągający się mikroświat i wracam do domu. Potem zamykam cicho drzwi w kuchni, robię kawę. Szeptem mówię do psa. Słucham świata, zanim jego głos zniknie w nieustannym, nieznośnym szumie wielkiego miasta.

Uważność pozwala zdumiewająco widzieć nie tylko siebie.

U czytanej ponownie Rebeki Solnit krótka, celna uwaga o języku i że trzeba na niego uważać. Na to, jaką historię świata nam opowiada.

Ponieważ kiedy słyszymy, że jakiś gatunek zwierzęcia został ocalony, to znowu punkt ciężkości przesuwa się na nas, a nasze superego, które czułości nie ma za grosz, nadyma się z radości, och jak dobrze, jacy my jesteśmy wspaniali i jednak nie do końca źli.

Przyjmujemy tę historię o naszym bohaterstwie i wyjątkowości, jako gatunku i pozwala nam to brnąć dalej w gromadzenie i wspinanie się, bez oglądanie na konsekwencje tego.

Tymczasem, pisze Solnit, niczego nie ocaliliśmy, wręcz przeciwnie, świat nie potrzebował nigdy naszego ocalenia, potrzebował tylko, żebyśmy mu pozwalali w spokoju istnieć. Żebyśmy nic razem z nim współistnieli.

Myślę o śpiącym trzmielu, o ślimakach, które się niepewnie rozglądają o poranku i widzę zdumiewający fałsz  tej narzuconej opowieści o tym, że żyjemy tu tylko dla siebie.

Nie chcę świata pełnego ludzkich bohaterów, retoryki, w której ciągle się o coś walczy, nie chcę bohaterów, którzy mnie bez pytania też przypisują do jakiejś armii.

Kiedy słucham lipcowej opowieści świata, patrzę na śpiącego trzmiela i wychodzę z tej narracji. I okazuje się, że jestem częścią najstarszej, prostej historii o świecie, w którym wszystko jest ze sobą połączone, również  tym samym DNA, w którym odbywa się chwila mojego istnienia i wszystkich trzmieli świata.

I czuję się tak bardzo wolna, poza wszelką kulturą braku i zerojedynkowości oraz katalogu moich silnych i słabych stron, aktualizowanych raz w roku w życiorysie.

Czuję, że mogę po prostu być bez spełniania wymogów zewnętrznych plików systemu, którym jestem tylko liczbą w urzędzie.

Idę słuchać opowieści świata pszczół, które od kilku dni znowu są na moim tarasie, które bez pośpiechu pracują i w których świecie nie ma żadnego narzucanego bohaterstwa.

Nie ma granic, wyjątkowości, frustracji niespełnionych potrzeb. Może jest jakieś nieuświadomione poczucie sensu i sprawczości,  może wcale, choć zawsze niezmącona aktywność i najgłębszy sens przysiadania na kwiatku, tworzenia potem czegoś istotnego dla świata. O skali, o której ja mogłabym tylko przecież marzyć. Bo opowieść naszej kultury mówi przede wszystkim o naszym ego i ja, odmienianym przez wszystkie możliwe przypadki, które zamyka nas na to, co poza nami.

Zaspany mikroświat o szóstej rano daje mi więcej prawdy o życiu niż cokolwiek innego.

Prawdę o tym, że potrzebne jest nam wyjcie poza przekazywane nam opowieści. Odwracanie się za siebie, spoglądanie w dół, przede wszystkim – zatrzymywanie się. W nocy padał deszcz i dobrze jest patrzeć pod nogi, żeby nie zadeptać wychodzących z trawy dżdżownic. Więc to jest też uważność, z którą wychodzę w świat i uważność wobec ludzi i wszystkiego, co mnie spotyka.

Następna prawda to ta, że nic, co robię, nie pozostaje bez śladu dla innych. Puchate życie trzmiela z zaspanymi oczami o poranku odbywa się w symbiozie z rośliną, która na niego czeka. Każde moje działanie ma też swoje konsekwencje.  Więc jeśli już mam przywilej świadomego decydowania, to dobrze, by szła za tym intencja tego, co robię.

Nie zawsze z oczekiwaniami dla jej wyniku. Czasem w wdzięczności i robienia po prostu czegoś dobrego. Bez oczekiwań i szukania aplauzu.

Zaspany mikroświat i jego cisza pokazują mi, że bardzo niewiele potrzeba, żeby czuć się dobrze. W opowieści wszechświata jest przede wszystkim radość istnienia. Bez spełniania jakichkolwiek warunków. Ta zmiana perspektywy wystarcza, żeby nagle mieć wystarczająco.

Czyli odpowiedniość, jak mówi zen. 

Więc o tej szóstej rano tego lipcowego poranka poczułam ogromną wdzięczność, że nie byłam bardzo grzeczną dziewczynką i wcale nie słuchałam mojego ojca, który powtarzał, że w życiu trzeba być twardym.

To nie moja opowieść.

Ta lipcowa jest dużo prostsza i zostanę przy niej, codziennie jej słuchjac.

Tyle wystarczy.

Dobrego lipca. Pięknych opowieści łąk i wody, gdziekolwiek jesteście.

Uściski.

xoxo

 

TAGS
POWIĄZANE WPISY
Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Literatka, fotografka, nefelibata. Opowiadam historie o codzienności, w której w soboty jest zen, a we wtorki końce świata (albo na odwrót i w zupełnie inne dni). Czasami piszę książki, zawsze mam w torbie aparat, na ogół polegam w kuchni. Codziennie bujam w obłokach. Stamtąd wszystko lepiej widać.

Zapisz się!
Najchętniej czytane posty.