Wpisy

Cały piękny bałagan życia.

12 czerwca 2020

Cały piękny bałagan życia.

Końcówka roku szkolnego zawsze przyprawia mnie o smarkanie i chowanie się z tym po kątach. Znowu zamyka się jakiś fragment życia, w którym moje dzieci trochę dorosły i urosły, starszy B. ma stopę większą od mojej, a młodsza podbiera mi krótkie spodenki. Nadchodzą tygodnie wolności i zbiorowego wrzasku na podwórku tak długo, jak tylko się da i wytrzyma gardło. 

Wzrusza mnie jeszcze pewnie chwilowa beztroska i prostota ich wymagań – coś do picia, coś do jedzenia i pojedźmy nad wodę, bo tak ciepło. Latem sama przechodzę w tryb dziecka i ograniczam poprawną dorosłość – dwie pary spodenek i trzy koszulki, na zmianę. Zamykam oczy i wieczorami zanurzam się w kilku marzeniach.

Nie wiem, kim chcę być, jak dorosnę, mówi starszy B, ciągle jeszcze nie wiem. Nie musisz, synku, odpowiadam, naprawdę nie musisz.

Czy to pytanie jest w ogóle potrzebne? Czasem okazuje się, że nie zostajesz nikim ze swoich wyobrażeń.  To może frustrować, w tak zachłannym świecie, pełnym wyobrażeń nieustannego wzrostu, spełniania się i wzywania do odważnych wypraw poza strefę komfortu. Możesz wszystko, tylko think big. Uh.

Dlaczego nie stawia się pytania, jaki chcesz być, co jest dla ciebie ważne? W kontekście człowieczeństwa, w kontekście bycia na tej planecie i przeżywania swojego życia, cennej, króciutkiej, kosmicznej chwili? O ile ważniejsze byłoby ćwiczenie ciekawości i odwagi, o ile cenniejsze pielęgnowanie dzikości serca, zamiast poprawności umysłu?

Zanim zdążyłam się zastanowić, kim chciałabym naprawdę być, zawodowo ostałam kimkolwiek, żeby się nie rozpaść. Między jedną pracą, a drugą, wieczorami w kuchni drobne zapiski, co roku o tej samej porze kilkuwersowy życiorys, na kartce, wciśnięty potem w puste opakowanie po papeterii, jednej z niewielu rzeczy, która została z mojego domu.

Czasami tak mocno szukamy i dążymy do tego idealnego punktu, w którym marzenia i my sami moglibyśmy być jednością. To ta chwila, kiedy wszystko gra, kiedy wiemy, co chcemy robić i porywa nas to i wreszcie czujemy, że znaleźliśmy nasz cel w życiu.

Ale ta chwila to tylko emocja, okrągła, puchata, która uwodzi, zaraz potem znika, ulotna. Jak za każdym minięciem mety, chwila euforii, konfetti, bąbelki  szampana radośnie strzelające w nos, a zaraz po tym codzienność.

W niej, wydaje się, nie ma nic, co nadałoby nam wyjątkowości i uzasadniło nas, nasze działanie, przywołało sensy. Bo przecież działanie nas definiuje, słyszymy od dzieciństwa. I jego wyniki.

Na pewno?

Nie jesteśmy tylko tym, co robimy zawodowo i w czym się spalamy. Jesteśmy tym, co nas zatrzymuje i wywołuje smutek, gdybyśmy mieli to stracić. Jesteśmy tym, co wywołuje w nas drżenie i strach i krótkie momenty zapomnienia o całym świecie.

Wartość życia, wydaje mi się, polega na zdawaniu sobie sprawy z chwili naszego trwania w czasie. Momenty euforii są ważne, ale nie stanowią o wszystkim. Ani trochę.

Cały piękny bałagan życia, w którym jeśli się wysilisz i poskładasz maleńkie cząstki, wszystko do siebie pasuje.

Życie.

Czasem spokój i radość do utraty oddechu, częściej końce świata, między tym wszystkim raz w roku równonoc, a potem spadające perseidy.

•••

Któregoś poranka zostawiam domowy chaos i z laptopem na kolanach ogłaszam, że najważniejsza jestem ja i pisanie i ostatnie strony książki. Po południu priorytet moich liter jest niczym wobec potrzeby spaceru psa, pustych brzuchów i zebrania prania, które nie kończy się nigdy.

Przy narastającym od tygodni konflikcie, między A., a starszym B., ten ostatni regularnie podbiera mu koszulki i skarpetki i ucieka na podwórko, odwracam głowę i wychodzę z pokoju. Mam dziś w sobie spokój zen i za nic nie pozwolę go sobie odebrać. Adieu, chłopaki, rządźcie się sami.

Wieczorem wychodzę z psem i aparatem w ręce, bo jeszcze przez chwilę kwitną maki. Leżę potem w trawie szukając najbardziej dorodnych, ku zdumieniu psa, który już biegnie ze swoją pierwszą pomocą i próbuje mnie chyba w swoim wyobrażeniu ożywić, namiętnie liżąc po policzku.

Nocą budzę się nagle pełna lęków o jutro, otwieram okno i wypuszczam te lęki w kosmos z dziecinną nadzieją, że się rozpłyną. Galaktyka mruga niewzruszona, wobec niej wszystko takie niewielkie, nawet moje wielkie strachy. Przytulam się do poduszki, ufna, że rano będzie wszystko w porządku.

•••

Życie z codziennym wysiłkiem do znoszenia spraw małych i dużych, kłopotów, które czasem nie dają się rozwiązać od razu. Czasem nigdy. Związek z kochanym człowiekiem i całym bagażem emocji, które czasem trudno udźwignąć i czasem już ich nie chcesz, myślisz, już nie. Dzieci, które czasem doprowadzają do utraty tchu i zmysłów. Zdumiewające piękno w jakiejś chwili ciszy albo śmiechu. Przebłysk szczęścia i nagła uważność, z zachwytu nad światłem i cieniem.

Czasem zen. Czasem końce świata. W torebce czerwony lakier do paznokci. Kamyk od dziecka w prezencie. Kasztan na szczęście z ubiegłej jesieni. Zgubiony dawno pierścionek, kiedyś ulubiony. Ołówek i kilka kartek.

Nie musisz mieć w życiu pasji, nie musisz wiedzieć, kim będziesz, jak dorośniesz. Ale zawsze możesz się otworzyć i poczuć zdumienie, jak pasjonujące może być życie, jeśli tylko przestaną uwodzić wielkie oczekiwania.

Potrzeba tylko zaufać. Mocno oddychać.

Przytulam,

xoxo,

a.

TAGS
POWIĄZANE WPISY
Jesień i życioczułość.

25 września 2020

Graniczność.

19 września 2020

W kręgu.

11 września 2020

Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Literatka, fotografka, nefelibata. Opowiadam historie o codzienności, w której w soboty jest zen, a we wtorki końce świata (albo na odwrót i w zupełnie inne dni). Czasami piszę książki, zawsze mam w torbie aparat, na ogół polegam w kuchni. Codziennie bujam w obłokach. Stamtąd wszystko lepiej widać.

Zapisz się!