Wpisy

Przyspieszony kurs wzrastania.

25 kwietnia 2020

przyspieszony kurs wzrastania.

Żeby piątek był piątkiem innym od wtorku i niedzieli, posprzątałam mieszkanie zaczynając z innej strony niż zwykle i odłożyłam wreszcie na regał kilka przeczytanych książek, zajmujących od tygodni fragment kanapy. Odkładam je ostatnio grzbietami do ściany. 

Zamiast wszerz na regale, rosną wzdłuż, udając, że przeczą wszelkiej chronologii zdarzeń.  Nie ma początku, nie ma końca, wszystkie podobne. Fantazja godna nowego czasu.

Próbuję wymyślić możliwe scenariusze przyszłości, bez liczb, krzywych statystyk i kolejnych spisków. Chciałabym założyć najbardziej optymistyczny, ale wiem, że nic takiego się nie zdarzy i zaliczę kolejny, intymny koniec świata, czuję go w koniuszkach palców od kilku dni.

Pobliskie, sklepowe parkingi powoli się zagęszczają. Kiedy wszystko minie i zapełnią się ulice i nad niebem znowu będą latać nisko samoloty, ta cisza, tak bliska, schowa się skulona pod ziemię, tak samo jak jeże, które nocami przychodzą pod drzwi, żeby napić się wody. 

Będę za tym tęsknić. Już wiem.

Przyspieszony kurs wzrastania.

Self learning ostatnich kilku tygodni dał mi dużo prawdy o sobie i zawstydził rumiane ego. Ile rzeczy straciło znaczenie… Wstaję rano i myślę, że prawie wszystko. Że coś wiem o świecie i potrafię i jakieś mam ambicje, wydawało mi się, a nagle okazuje się to tak nieważne wobec codziennego ćwiczenia spokoju, czasem, przyznaję, z zaciśniętym w ręku kamykiem, który przypomina o głębokim oddechu. Bycia mocną jak drzewo wobec kryzysów w już nastoletnich pokojach, tłumaczenia nowego nagle świata i zrozumienia dla tostów z serem jedzonych o dwudziestej drugiej. 

Wobec kryzysu siebie. 

Kim jestem, żeby dawać sobie prawo pisania o czymkolwiek, jakie to ma znaczenie wobec wszystkiego tego, co dzieje się na zewnątrz? Kim jestem, żeby otwierać usta i coś chcieć komuś mówić, opowiadać o sobie albo jak ma żyć, nawet w dobrej wierze, kiedy nic o nim nie wiem?

Siebie samej doświadczam przecież teraz tyle, że nie nadążam pakować do pojedynczych kieszeni, żeby nie pogubić wątków. 

Tyle o sobie wiemy, ile zostaniemy sami ze sobą i nie będziemy mogli od siebie uciec. 

Co nam wyjdzie z tego sprawdzania?

Nie wiem. 

Moje ulubione zdanie ostatnio.

Może wyjdzie, że jesteśmy sobie bliscy. Albo wcale.

Może, że możemy na siebie liczyć. Albo i nie.

Może, że wiele jest dla nas ważne, wspólnie. Albo wręcz przeciwnie. Nic się nie zgadza. I nie zgodzi.

Przyspieszony kurs wzrastania, kiedy rozpuszczają się złudzenia, przekonania i jakieś prawdy, które dotychczas działały. 

I trzeba przez chwilę naprawdę tylko żyć. I nic więcej. I nic w tym życiu nie daje się ukryć. 

Ani wstyd, ani bezradność, czasem lęk, a czasem jeszcze wielka radość z maleńkich rzeczy, których wcześniej nigdy nie było widać.

Zanim jeszcze dobrze otworzę oczy, czuję na skórze wielki, truflowy nos psa, ogon tłucze o podłogę co rano tak, jakby czekała na mnie całe życie. 

I kiedy za chwilę zamykam cicho drzwi od domu, wchodząc z nią w dzień, myślę sobie, że może tak trzeba żyć. 

Jakby się codziennie na ten dzień, kolejny, czekało całe życie. 

Może to cała wiedza, którą powinniśmy mieć?

xoxo.

a.

TAGS
POWIĄZANE WPISY
Jesień i życioczułość.

25 września 2020

Graniczność.

19 września 2020

W kręgu.

11 września 2020

Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Literatka, fotografka, nefelibata. Opowiadam historie o codzienności, w której w soboty jest zen, a we wtorki końce świata (albo na odwrót i w zupełnie inne dni). Czasami piszę książki, zawsze mam w torbie aparat, na ogół polegam w kuchni. Codziennie bujam w obłokach. Stamtąd wszystko lepiej widać.

Zapisz się!