Wpisy

Molekuły.

29 lutego 2020

Molekuły.

Internet pokazał nam cele, o których istnieniu ledwo wiedzieliśmy. Z priorytetu zrobiła się wielokrotność, ze skupionej zadaniowości błyskawiczny multitasking i system planów kwartalnych, rocznych i wieloletnich. Umacniamy nawyki, wyrzucamy złe i zastępujemy je nowymi. 

Złoszczę się na siebie po raz kolejny, bo zapisana na pięciodniowe wyzwanie nie dotrwałam  do trzeciego dnia. A miałam być lepsza i fajniejsza. Czy nie o to w życiu chodzi? Skrzynka mejlowa informuje, że mam kolejnych 16 wiadomości, miał być inbox zero i znowu nic.

W piątek po południu dopijam kolejną zimną kawę, pozostawioną rano (wszędzie zostawiasz te filiżanki, mówi A., wiem, wiem, mamroczę), myślę, co jeszcze powinnam zrobić według swojej własnej, długiej księgi powinności. Co zorganizować, co powiedzieć, o czym nie zapomnieć, co przygotować. No i jak się ulepszyć?

Ile czasu poświęcamy na poszukiwanie lepszego siebie i życia, które ma być tym najwspanialszym i wymarzonym?

Jakie będzie, jak już uda nam się to osiągnąć?

Jak będzie równiutko przystrzyżone i zaprogramowane, żeby ani chwilki z niego nie tracić na rzeczy niepotrzebne? Z jakich wspaniałych nawyków będę wtedy złożona ja i poskładana? Jak bardzo będę wtedy szczęśliwa, jak już się w tym życiu nareszcie urządzę? Czy na pewno uda mi się tego wszystkiego nie przegapić? Tego jedynego momentu?

Jakiś czas temu starszy B. zapytał: kiedy otworzysz tego szampana, który stoi na pólce w spiżarni?

– Nie wiem, jak przyjdzie czas. 

– Ale jaki czas? 

– Może jak będzie ciepło? 

– Ale w ubiegłym roku latem ten szampan też tam stał. 

Więc jaki to ma być czas?…

Zamykam czasem oczy i wstrzymuję oddech, bo coś poszło nie tak i nie zdarzyło się według wyobrażeń z kolejnej księgi, znowu własnej –  księgi niekończących się życzeń.

Kilka tygodni temu ktoś był, a na drugi dzień zniknął. Zostały mi wiadomości w telefonie, czytam je po raz kolejny, nie wiem, co mam zrobić.

Ktoś, kogo nagle nie ma, miał plany i psa.

Wychodzę boso na zimne deski tarasu. Nic mnie tak nie przywraca do pionu, jak chłód i idąca za tym prostująca świadomość bezradności, gdyby mi cały ten mój komfort zabrali. Te deski pod stopami. Bliskich ludzi. Duży stół, przy którym siedzimy, śmiejemy i kłócimy. Sprawczość. Oddech.

I wszystko już wiem.

Wieczorem oglądamy z młodszą B. zdjęcia sprzed kilku lat. Uszczerbki w szerokich, mlecznych uśmiechach ich dwójki, starszego i młodszej.

Mikrokosmos.

Molekuły.

Na zdjęciu nagle widoczna kompletność.

Wszystko na wyciągnięcie ręki. W mikromomentach.

Lody w sobotę rano. Palce i psi nos odbite na szybie usuwane bez końca. Bezsenna noc w czasie pełni. Czasem skurcz serca i strach. Kawa, o której zawsze zapominam, kiedy piszę. Telefon, żeby się usłyszeć między jednym, a drugim dorosłym zmartwieniem, które nigdy się nie kończą. Dziecięce sny, które zbieram co rano i wypuszczam w świat. 

Trzeba mocno oddychać.

I szeroko otwierać oczy.

Molekuły drobnych, najważniejszych sensów na wyciągnięcie ręki.

TAGS
POWIĄZANE WPISY
Jesień i życioczułość.

25 września 2020

Graniczność.

19 września 2020

W kręgu.

11 września 2020

Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Literatka, fotografka, nefelibata. Opowiadam historie o codzienności, w której w soboty jest zen, a we wtorki końce świata (albo na odwrót i w zupełnie inne dni). Czasami piszę książki, zawsze mam w torbie aparat, na ogół polegam w kuchni. Codziennie bujam w obłokach. Stamtąd wszystko lepiej widać.

Zapisz się!