Wpisy

Jak żyć intencjonalnie?

24 stycznia 2020

Jak żyć intencjonalnie?

Czytam kolejną książkę Rebeki Solnit, Przewodnik po zagubianiu się (A Field Guide to Getting Lost).

„Świat jest niebieski na krawędziach i w swojej głębi. Ten błękit to światło, które się zagubiło, ale które uzmysławia nam całe piękno tego świata”, czytam. 

Błękit to horyzont i emocje, samotność i odległość, pisze dalej Solnit. W aktualnym, miejskim szale wyprzedaży, instagramowych, egzotycznych plaż i zimowych stoków i doskonale ubranych, doskonałych ludzi, w deszczowe, chłodne popołudnie czytam o zagubieniu i odnajdywaniu siebie. O horyzontach i tęsknotach, o przekraczaniu granic.

Czuję to samo zdziwienie, kiedy jakiś czas temu, w pewne sobotnie przedpołudnie, pełne głosów, gęstych zapachów, nagle wkroczyły głośne dźwięki „Toski”. Z okien sąsiada, z życiem, o którym nie można powiedzieć nic, tak cicho i niemalże przezroczyście w nim jest, nagle wysokie tony opery, w których zamarły na chwilę wszystkie sobotnie sprzątania i wietrzenie pościeli.

Światło, które się zagubiło.

Bo ktoś kiedyś napisał muzykę, która w tamten dzień wszystkich zatrzymała i Rebecca Solnit oddała mi eseje pełne swojego doświadczenia i wrażliwości, dzięki którym znowu nabieram wiary, że tylko naprawdę na chwilę zagubiliśmy to światło i nie widzimy go w kulturowym obłędzie posiadania i gromadzenia, niszczenia i niewiary w to, co naprawdę istotne i wyznawania religii w to, co można kupić i się tym otoczyć.

Ktoś mi bliski, z kim często rozmawiam, z plaży nad Bałtykiem, pisze, że nagle w siebie wątpi, szuka w życiu swojej intencjonalności. Że ktoś, kto się zna, podpowiada, że to celowość. 

Więc pewnie ma być zmierzone i zważone, podsumowane.

Wieczorem sortuję zdjęcia z ostatnich wakacji nad wodą, gdzie słońce i lody i przez chwilę nicnierobienie i w złapane na nich emocje nie potrafię upchnąć celowości. Początku i końca jakiegoś działania. Bo to mnie znowu plasuje w jakimś wyścigu, do którego się nie zapisywałam i bardzo dziękuję, ale ja wysiadam, mnie się nigdzie nie spieszy. Powiększanie doświadczenia zawartego w krótkim być podoba mi się dużo bardziej.

W tym świetle, o którym pisze Solnit, w błękicie każdego rodzaju, w nieznanym życiu, które zaczyna się codziennie rano, na nowo, widzę intencjonalność, która nie musi się gdzieś za każdym razem rozpoczynać i kończyć.

Prawdziwa intencjonalność zaczyna się tam, gdzie opłacalność nie ma znaczenia.

Tam rozpływają się wątpliwości o zasadność społecznego uzasadnienia i sposobu, w jaki oddychasz i w jakim tempie przemierzasz świat.

Ta intencjonalność znajduje zagubione światło, błękitne w swym odcieniu w zależności od tego, czy akurat nurkuje w wodzie, czy gasi horyzont.

Intencjonalność zaczyna się w momencie, w którym życie meduzy wyrzuconej na brzeg ma dla Ciebie znaczenie. 

Tej z przypowieści o de Mello, który spacerował z przyjacielem po plaży, pełnej wypchniętej na nią przez morze meduz. Morze się cofnęło i zostawiło setki bezradnych kształtów na piasku. De Mello cierpliwie schylał się, pojedyncze zbierał i wrzucał ponownie do morza. Na  pytanie, po co to robi, jaki jest sens, skoro ich wszystkich nie uratuje, odpowiedział, żeby zapytać o to te, które wrzucił ponownie do wody.

Z życia według własnych wartości, z naiwnej pewnie, ale jednak wiary w dobro, z odwagi przekraczania własnych granic, z doświadczania świata z aż bolesną czasem wrażliwością, z niezgody na „a co ja mogę” i cierpliwym, pojedynczym działaniu, pewnie nie stworzy się ilości, która da się wymierzyć. Ani trochę.

Ale ciągle będzie się widzieć światło. Po to, żeby w życiu, które i tak układa się przecież po swojemu i w którym często czujemy się zagubieni, ciągle na nowo jednak się odnajdywać i wierzyć, że mimo kruchości wszystko ma sens.

I jeszcze w dzisiejszy nów i wszystkie noce, które przyjdą, cicho wyznawać najbardziej osobistą wiarę, że wrażliwość, odwaga i literatura mogą uratować ten świat.

Uściski.

xoxo

 

 

 

 

 

 

TAGS
POWIĄZANE WPISY
Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Literatka, fotografka, nefelibata. Opowiadam historie o codzienności, w której w soboty jest zen, a we wtorki końce świata (albo na odwrót i w zupełnie inne dni). Czasami piszę książki, zawsze mam w torbie aparat, na ogół polegam w kuchni. Codziennie bujam w obłokach. Stamtąd wszystko lepiej widać.

Zapisz się!
Najchętniej czytane posty.