Wpisy

Jak najwięcej kosmosu.

16 sierpnia 2019

Jak najwięcej kosmosu.

Optymizm potrzebny od zaraz. Chociaż kilka gramów. Jak powietrze. Wiara w człowieczeństwo. Ciut ciut. Dwa deko. Wiara w humanizm. W elementarny szacunek. Choć odrobinkę. Nasypany na dłoń chociaż. 

Wczoraj niespodziewanie wiadomość od bliskiej duchowo osoby: nie wiem, gdzie się zaszyć, aby odnaleźć świat, a jednocześnie nie opuścić go w biedzie i w potrzebie. 

Znam to uczucie do szpiku kości. Trochę sobie pobyliśmy razem przez jakiś czas. Teraz oddycham czymś innym. 

Bo nagle mignęło mi nocą, gdzieś w zakamarkach internetu, pytanie, wagi całkiem ciężkiej: 

czy wolisz odczuwać wyczerpujący ból ugrzęźnięcia czy wzmacniający ból pójścia naprzód? 

Boli gdzieś po drodze zawsze. Choć to prawda niewygodna. Bolą rozstania, rozczarowania, stracone złudzenia i stracony czas. Słowa, które powiedzieliśmy i których nie, gesty, ich brak, koniec lata i uschnięte kwiaty. Można z tym i w tym zostać, można stać się częścią kosmosu i podążać innym czasem, tym bez końca, w kształcie okręgu.

Związałam więc włosy i wyprałam ulubione trampki. 

Na swoją miarę i trochę więcej, niż ważymy, lepiej coś robić i choć trochę wspierać ten świat. Zdecydowanie mniej brać. Jesteśmy jego częścią i powiedzmy to sobie wreszcie, naprawdę niewiele w nim znaczymy, zaledwie tyle, ile po sobie zostawimy. 

I oddamy dalej to, co dobrego dostaliśmy. 

Bo przecież dostajemy codziennie, jeśli tylko wyjść poza ulubioną i hołubioną tak bardzo materię. Smutną miarę wartości naszej kultury. Tak daleką od kosmosu, w którym wszystko się łączy, jest, wystarczy.

To jedyne, co przychodzi mi do głowy. Jak najwięcej kosmosu.

Wspierać potrzebujących, jakkolwiek potrafisz, sprzątać ziemię, edukować dzieci, dodawać im odwagi, im najbardziej. Dorosłych jest zmienić trudno, ukryci za własnym lękiem na ogół krzyczą, sami nie słyszą nic, najmniej siebie.

I nie oczekiwać. Bo to nas gubi najmocniej. Nawet, jeśli w szlachetnej wierze robimy coś dobrego, przyczajeni tuż za rogiem, zaraz czekamy na nagrodę. Tymczasem świat się tworzy, bez końca i bez ustanku. Miara kosmosu nijak się ma do naszych jednostek. 

Ktoś kiedyś podał komuś rękę, a ileś lat póżniej ten sam ktoś wykonał inny gest, który dalej zmienił w kimś coś, na lepsze. Posadzone sto lat temu drzewo dało cień dwójce ludzi, którzy siedząc w jego cieniu rozmawiają z grupą dzieci o porach roku i zbierają z nimi dojrzałe, spadające liście.

Gesty, które wykonujemy dla świata, nie muszą wcale służyć nam, oddajemy tylko to, co sama dostaliśmy. Przekazujemy dalej coś niewielkiego, może wielkości pyłu według tej nieznanej mi miary kosmosu, ale w ten sposób dostajemy coś większego, niż tylko przyczynę i skutek, gest i zapłatę w linearnym wymiarze. Pojawia się poczucie sensu.

Wobec takiej perspektywy znika poczciwa, ale jednak arogancja, że oto uda nam się uratować świat. Ja przynajmniej nie mam tej wiedzy, że to się zdarzy i nie mam tej mocy. Ale ufając nocą kosmosowi i mądrzejszym ode mnie ludziom mogę po prostu wysłać trochę gwiazdek w niebo i codziennie coś stworzyć. Coś dać.

Trochę dobra. Trochę szacunku. Realnej pomocy bardziej potrzebującym. Trochę słów. Ponoć czasem pomagają.

DuChemin, mój ulubiony pisarz o fotografii, choć czasem nie wiem, czy on przede wszystkim nie o życiu pisze, i to mocno i tak dobrze, zanotował w jednej z książek, że kiedy walczymy z życiem, mając oczekiwania i nadzieję ( on pisze o nadziei co do jakości zdjęcia, ale pozwoliłam sobie wziąć to w nawias), stajemy się absolutnie niezdolni do zobaczenia tego, co jest, a zamiast tego całą energię wkładamy w szukanie tego, co bardzo chcielibyśmy zobaczyć…

A więc trzeba robić coś, coś tworzyć, po prostu, bez życzeniowości i oczekiwań, przede wszystkim natychmiastowych skutków. A w chwilach zwątpienia podnosić głowę do góry i łapać trochę gwiezdnego pyłu i wypełniać nim kieszenie.

Ponieważ, jak w tym pięknym zdaniu Henryka Elzenberga:

celem życia jest: w swojej jednostkowej duszy odbić jak najwięcej kosmosu.

Uściski.

xoxo.

TAGS
POWIĄZANE WPISY
Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Literatka, fotografka, nefelibata. Opowiadam historie o codzienności, w której w soboty jest zen, a we wtorki końce świata (albo na odwrót i w zupełnie inne dni). Czasami piszę książki, zawsze mam w torbie aparat, na ogół polegam w kuchni. Codziennie bujam w obłokach. Stamtąd wszystko lepiej widać.

Zapisz się!
Najchętniej czytane posty.