Wpisy

Czułość i śpiący trzmiel.

19 lipca 2019

Czułość i śpiący trzmiel.

W życiu trzeba być twardym, powtarzał zawsze mój ojciec. I nie oglądać się na innych. Jak dobrze, że go nie słuchałam i nigdy mu nie uwierzyłam i wolałam robić wianki z koniczyny, znikać na całe dnie w książkach i pisać w zeszycie w kratkę.

Dzisiaj wcześnie rano spacerując z psem pierwszy raz w życiu widzę śpiącego trzmiela. Zwinięty w kulkę, puchaty, śpi na polnym kwiatku, aż żałuję, że nie mam żadnego sprzętu, żeby to utrwalić. A potem, kawałek dalej, oglądam nieśpieszny spektakl budzącego się ślimaka. Szósta rano. Jaki to dobry czas na odkrywanie mikroświata i robienie miejsca dla czułości. Dla świata. Siebie, jeszcze w nim.

Czułość. Oldskulowe słowo, którego tak niewiele w naszym świecie. A tak potrzebne. 

Zen mówi, że nie budzi się śpiącego. Zostawiam więc po cichu trzmiela i ślimaka i wracam do domu. Potem zamykam cicho drzwi w kuchni, żeby nie było słychać, jak robię kawę. Szeptem mówię do psa. Słucham świata, zanim jego głos zniknie w nieustannym, nieznośnym szumie wielkiego miasta. 

Czułość pozwala zdumiewająco widzieć nie tylko siebie. 

U Rebeki Solnit (wiem, dużo o niej wspominam, ale sporo jej czytam ostatnio, to, co ona pisze, jest ważne) krótka, celna uwaga o języku i że trzeba na niego uważać. Przyglądać mu się. 

Bo kiedy słyszymy, że jakiś gatunek zwierzęcia został ocalony, to znowu punkt ciężkości przesuwa się na nas, a nasze superego, które czułości nie ma za grosz, nadyma się z radości, och jak dobrze, jacy my jesteśmy wspaniali. 

Przyjmujemy tę historię o naszym bohaterstwie i wyjątkowości, jako gatunku i dalej, choć przychodzi to nam z coraz większym trudem, brniemy w gromadzenie i zbieranie i coraz większy lęk, że ktoś nam to nasze bogactwo może zabrać.

Tymczasem, pisze Solnit, niczego nie ocaliliśmy, wręcz przeciwnie, świat nie potrzebował nigdy naszego ocalenia, potrzebował tylko, żebyśmy mu pozwalali w spokoju istnieć.

Patrzę więc na śpiącego trzmiela, na ślimaka, który się niepewnie rozgląda i nie przyjmuję już tej narzuconej opowieści o tym, że żyjemy tu tylko dla siebie, nie chcę świata pełnego bohaterów, którzy ciągle o coś walczą, którzy mnie bez pytania też przypisują do jakiejś armii. 

Kiedy patrzę na śpiącego trzmiela wychodzę z tej narracji i jestem częścią najstarszej, prostej historii o świecie, w którym wszystko jest ze sobą połączone, jest tym samym DNA, w którym dzieje się chwila mojego istnienia i przez chwilę czuję się tak mocno wolna, poza wszelką kulturą braku i zerojedynkowości oraz katalogu moich silnych i słabych stron, aktualizowanych raz w roku.

Wolę opowieść świata pszczół, które od kilku dni znowu są na moim tarasie, które bez pośpiechu pracują i w których świecie nie ma żadnego bohaterstwa. Granic, wyjątkowości, frustracji niespełnionych potrzeb. Jest pewnie jakieś nieuświadomione poczucie sensu i sprawczości, radość z kwiatka, na którym można usiąść i zrobić coś wielkiego dla świata. O skali, o której ja mogłabym tylko przecież marzyć. Bo opowieść naszej kultury mówi przede wszystkim o naszym ego i ja odmienia przez wszystkie możliwe przypadki.

Zaspany mikroświat o szóstej rano daje mi więcej prawdy o życiu niż cokolwiek innego.

Że uważność to cholernie ważna sprawa. W nocy padał deszcz i dobrze jest patrzeć pod nogi, żeby nie zadeptać wychodzących z trawy dżdżownic. Więc to jest też uważność, z którą wychodzę w świat i czułość wobec ludzi i wszystkiego, co mnie spotyka. 

Następna lekcja to to, że nic, co robię, nie pozostaje bez śladu dla innych. Puchate życie trzmiela z zaspanymi oczami o poranku stanowi całkiem spory sens dla istnienia rośliny, na której śpi. A więc moja sprawczość też nie jest pozbawiona sensu i do tego wszystkiego mam przywilej świadomości i decyzji, w którym kierunku ją poprowadzę. 

Bez oczekiwań dla jej wyniku. Dla czystego sensu, poczucia działania i robienia czegoś dobrego. Nie szukając aplauzu.

Zaspany mikroświat i jego cisza pokazują mi, że bardzo niewiele jest potrzebne do tego, żeby czuć się dobrze. W tym świecie nie ma strachu ani oczekiwań. Życie staje się zwykłe i przez to najbardziej niezwykłe w całym kosmosie. 

Bo to ono i jakiś kosmos naszego trwania przez chwilę znajdują się w centrum uwagi. A nie my. 

Czyli odpowiedniość, jak mówi zen. Przyjmować wszystko takim, jakim jest. Oto istota życia.

Więc o tej szóstej rano czuję wdzięczność, że nie byłam bardzo grzeczną dziewczynką i nie uwierzyłam mojemu ojcu, że w życiu trzeba być twardym. 

Że gdzieś mi została czułość plecenia wianka z koniczyny, uważne szukanie tej czterolistnej i pamięć dawno przeczytanych kilku słów: traktuj świat zawsze lepiej, niż sam się czujesz. 

To bardzo dużo.

Dobrego weekendu i obserwacji mikroświatów.

Uściski.

xoxo

#earthloveandrockandroll

TAGS
POWIĄZANE WPISY
Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Literatka, fotografka, nefelibata. Opowiadam historie o codzienności, w której w soboty jest zen, a we wtorki końce świata (albo na odwrót i w zupełnie inne dni). Czasami piszę książki, zawsze mam w torbie aparat, na ogół polegam w kuchni. Codziennie bujam w obłokach. Stamtąd wszystko lepiej widać.

Zapisz się!
Najchętniej czytane posty.