Życie w zachwycie.

Życie i sztuka obsługi codzienności.

8 lutego 2019

Życie i sztuka obsługi codzienności.

Nie, zen na co dzień nie zawsze mi wychodzi. Prawie godzina pod drzwiami wczoraj rano, bez klucza (patrz fejsbuk z ósmego lutego) jasno mi uzmysłowiły, że zen to ciężka praca. Nie ma to, tamto. Czasem my sobie, a życie sobie. Przypomniało mi się kilka historii z ostatniego roku. Sztuka obsługi codzienności. Nie tylko uważnie. Często śmiesznie.

•••

Kiedy wychodzisz od lekarza, podchodzisz do samochodu i okazuje się, że kluczyk nie działa… Zamykasz, otwierasz, zamykasz, otwierasz, a system ani drgnie. I dzwonisz zrozpaczona do męża i nawijasz, że elektronika nawaliła, i co masz zrobić, a ten cierpliwie tłumaczy, że spokojnie, jest jeszcze kluczyk w środku i trzeba manualnie, użyć zamka w drzwiach, a ty zdziwiona mówisz, że nawet się nie da tego kluczyka włożyć do zamka, coś się strasznego stało, k l u c z y k nie pasuje. I mąż mówi, że rzuca wszystko i już jedzie na ratunek. I spokojnie, wszystko będzie dobrze. 

I tak stoisz koło tego auta, miętosisz te klucze w ręce i postanawiasz sprawdzić, może to ostatnia deska ratunku, żeby ten biedny mąż może nie musiał jednak jechać do ciebie z drugiego końca miasta, czy może otwiera się bagażnik i okazuje się, że logo na klapie bagażnika to nie przypomina logo twojego samochodu…

…to w ogóle nie jest t w ó j samochód… twój stoi metr obok… i wsiadasz do niego skulona, z nadzieją, że nikt nie widział tej akcji i wykonujesz telefon do męża, szepcząc, że kluczyk już działa, tak po prostu naprawił się i wszystko jest okej…

•••

Kiedy rozpaczliwie szukasz telefonu, żeby sprawdzić ile procent ma bateria, bo musisz zaraz wyjść i chcesz mieć kontakt z dziećmi i nagle kojarzysz, że telefon masz przy uchu, bo od dziesięciu minut wisisz na infolinii i czekasz na połączenie z urzędem. I czujesz taką ulgę, że chce ci się płakać.

•••

Treść wiadomości, którą napisał mi starszy B., lat 10 i pół, w zeszycie służącym komunikacji rodzica z nauczycielem i odwrotnie, i jak widać również dziecka z rodzicem:

– Kochana mamo, pilnie potrzebuję do szkoły:

blok A3, czapkę od Gucci, klej w płynie i sztyfcie, konkretną podwyżkę kieszonkowego, flamastry, taśmę klejącą i dwie pary nowych spodni.

Dziękuję, twój B.

•••

Kiedy dwa dni przed przyjściem fryzjera (usługi mobilne) życie nie ma sensu i ratujesz się, jak zwykle, samodzielnym obcięciem włosów.

Wchodzi fryzjer

– Obcięłam włosy.

Cisza
– Widzę. Pokaż.
Cisza
– Muszę ci powiedzieć (wzdycha i wywraca oczami do góry), że nawet całkiem dobrze ci to wyszło. Jakie masz nożyczki?
– Nożyczki? Takie duże biurowe z Ikei.
Fryzjer ma zawał.
– Nie wierzę… Przecież to jest… to jest profanacja, to jest jak policzek w twarz… tak nie można…
Wzdycha. Ja milczę skruszona.
Szuka w swojej torbie i wyciąga jedne ze swoich fryzjerskich nożyczek.
– Masz i następnym razem jak mi to znowu zrobisz, rób to tymi nożyczkami. Będzie chociaż w połowie, jakbym ja cię obciął.

•••

Zawsze to samo. Jadę do Ikeii (mam pod domem) na chwilę i tylko po wazon. Po dwóch godzinach wychodzę z: czterema paczkami serwetek (mają nowe wzory), trzema ramkami na zdjęcia, dwoma paczkami baterii, kilkoma talerzami, kompletem ścierek kuchennych i metrowym kwiatkiem.

•••

Słoneczny poranek u mnie w domu:

Starszy B. do młodszej:

– Powiedz mi coś, a ja wymyślę do tego rym.

– Jesteś głupi.
Starszy myśli chwilkę.

– Zdradzić ci sekret? – pyta młodszą.

– Taak!

– Jak miałem dwa lata, dwa miesiące i czternaście dni stało się w moim życiu coś strasznego.
– Co? – pyta zaciekawiona młodsza.

– TY!!!!

•••

Jakie miałam plany na ten weekend:

– żyć twórczo

– niczym się nie martwić.

Co robię:
– piję wino

– siedzę w swetrze, nie ruszam się, koniec lata już blisko.

•••

Kiedy wychodzisz do spożywczego na szybkie zakupy i mówisz B&B, że będziesz za kwadrans. W sklepie nie ma zasięgu, dopiero przy kasie i wtedy na telefonie odkrywasz jedenaście nieodebranych połączeń od starszego B. Wpadasz w panikę, oddzwaniasz, po drugiej stronie cisza. Pakujesz zakupy w pośpiechu, pędzisz sprintem do domu, po drodze już zawał i wizja straży pożarnej pod domem i metr przed drzwiami odbierasz telefon:

– Dzwoniłem tylko, żeby ci powiedzieć, że wszystko u nas okej i że nie musisz się spieszyć.

…ale zdrowia mi nikt nie odda…

•••

Wygląda na to, że lipiec upływa mi pod znakiem intensywnego rozwoju kulinarnego. Jeszcze tydzień temu przypaliłam jajka gotowane na twardo, w połowie tygodnia u p i e k ł a m ciasto, a dziś dostałam wzruszający komplement od młodszej B, wielbicielki włoskiej kuchni. Otóż moja mała B, znawczyni w temacie, bo z niejednej kuchni spaghetti jadła, stwierdziła z zachwytem:

– Ale makaron gotujesz naprawdę wybornie.

…wzrusz…

•••

Nastawić pranie. Zapomnieć pranie w ł o ż y ć do pralki. Po godzinie z d z i w i ć się totalnie, dlaczego w pralce nic nie ma i wkładać prawie głowę do niej w poszukiwaniu zagubionych rzeczy. Odkryć, że leżą niewzruszone koło pralki. 

•••

Pójść po szampon. I nagle nie wiadomo, naprawdę nie wiadomo jak i skąd wrócić z nową torebką. Bez szamponu.

•••

Gram z młodszą B w grę „5 sekund”. Pytanie, na które ma odpowiedzieć brzmi:

– wymień dwa potwory z bajek.

Odpowiedź młodszej B.: 

– Donald Trump i Voldemort.

•••

Wchodzę do młodszej B. z pedagogicznym wydęciem i mówię:

– Kochanie, czy mogłabyś proszę posprzątać trochę swój pokój?

Odpowiedź na pytanie szybka, śpiewna i bez fałszu:

– Znasz tę piosenkę? „Mój jest ten kawałek podłogi. Nie mówcie mi więc, co mam robić”.

•••

Starszy B., zazwyczaj oszczędny w słowach, wczoraj się rozgadał:

– Mieliśmy dzisiaj zajęcia o zdrowym odżywianiu, wiesz?

– Ouu, superowo i co tam, czego ciekawego się dowiedziałeś?

– No, że mleko to nie jest takie zdrowe, dla małych dzieci, tak, a dalej to takie tam, bla, bla, bla.
– Aha. Coś jeszcze? Warzywa? Owoce?
– Aaaa, no tak, zdrowe są, i coś tam jeszcze, bla bla, ale ty wiesz, przecież, co ci będę mówił, takie tam blabla.
– Wiem. A mięso i cukier?
– Oj, no nie takie zdrowe, no nie musi być codziennie, wiesz, nie? Bla, bla, bla. Najzdrowsza jest woda! Wystarczy? Tyle pytań zadajesz! Mogę iść na podwórko?
– Możesz.

Pogadaliśmy. Bla, bla, bla. Blabla.

•••

Sobotni poranek. I oto odwieczna tajemnica prania bez końca odkryta. Dwójka dzieci. Przebierają się kilka razy dziennie, a wszystko, co nie pasuje rzucają na krzesło. Po kilku dniach na setną prośbę matki, czyli mnie, zbierają ten stos czyściutkich ubrań, zwijają w kuleczkę i ponownie dają mi do prania. Że ja się tego wcześniej nie domyśliłam.

•••

Kiedy na stacji benzynowej, pełnej tankujących aut, w jednej ręce trzymasz śmieci i w drugiej portfel i nonszalancko wrzucasz do śmietnika portfel, a do torebki śmieci. 

I za chwilę na oczach wszystkich nurkujesz ręką po pachę w śmietniku… 

•••

A. pojechał do Ikei po brakujący wieszak do szafy.

Wrócił z : łyżeczkami do kawy, dwa komplety, dwoma nożami, zapinkami do woreczków, dwoma garnkami do piekarnika, ściereczkami, serwetkami papierowymi i jeszcze kilkoma drobiazgami. I bez wieszaka.

… hehe, i kto tu jest słaby?…

•••

Poszłam do fotografa pstryknąć fotkę do dowodu osobistego.

Pan owiał moją twarz fachowym spojrzeniem i rzekł, wywracając przy tym oczami do góry i na dół:

– Boszsz, ale ja tu będę miał roboty…

– Słucham? – czuję niepewność.

– No niech pani na siebie spojrzy, tu ma pani lustro.

Patrzę i mówię do pana, już z lekkim wydęciem:

– Wie pan, szału nie ma, ale to nie ma być twarz na okładkę Vogue, tylko do dowodu, aż tak źle to chyba nie jest…?

– Jest! – pan ryczy- jest! wszędzie się pani świeci! Na czole, na policzkach i jeszcze te okulary! Proszę coś ze sobą zrobić, bo inaczej żadnego zdjęcia nie robię.

Myślę o moim make up no make up, drogim jak pół pensji pudrze w kulkach, na który oszczędzałam rok i który nakładam tylko na specjalne okazje, a dziś okazja była, bo miało być zdjęcie do osobistego dokumentu, a on mi to wszystko każe ścierać.

Starłam więc, usiadłam na obrotowym stołku, nieruchoma i tylko poruszając gałkami ocznymi, bo pan tak kazał. W międzyczasie usłyszałam jeszcze, że się garbię, że z dorosłymi pracować to jest fatalnie, bo się nie słuchają i kręcą, dzieci są lepsze, jestem spięta, co bardzo widać po moich mięśniach twarzy i jak je tak dalej będę spinać, to też nic z tego zdjęcia nie będzie.

Dowiedziałam się jeszcze, że jestem podobna do takiej aktorki, co też miała takie duże usta i problemy z uśmiechaniem, ale nie dowiedziałam się jakiej, bo pan fotograf nie mógł sobie przypomnieć.

Koniec końców zdjęcie zrobiłam, wyszłam z zakładu fotograficznego matowa, załamana i bez okularów, o czym przypomniałam sobie jakieś piętnaście minut później. 

I usłyszałam, jak już po te okulary wróciłam, że powinnam nie być taka mroczna, tylko się zdecydowanie więcej uśmiechać. 

•••

Przez te dwa dni świąt, czyli wolne, czyli razem, czyli też bez internetu, telewizyjnie też szczątkowo, dotarło do mnie wreszcie, że odpowiedź na pytanie:

– Ile razy w ciągu dnia możesz usłyszeć od swoich dzieci „mamo” brzmi:

Trylion pierdylion. Tak, jest taka liczba.

Mamo, gdzie dziś idziemy, robimy, jemy, nudzimy się, gdzie moje spodnie, skarpetki, czapka, mamo pacz, mamo jesteśmy głodni, zmęczeni, B mnie bije, nie, ona mnie bije, z jaką prędkością biegają piłkarze, ile śliny produkujemy w ciągu całego życia, mamo, ale naprawdę pacz, otwórz mi butelkę, poczytaj mi książkę, paaaczczcz!

A wiecie, ile pytań w ciągu dnia słyszy ojciec?

Jedno.

Dzisiaj, wykorzystując fakt cudu telewizji i zawieszenia się na chwilę rodziny nad jakimś filmem, przemknęłam niczym James Bond, niepostrzeżenie między ścianą a kanapą, cichuteńko do sypialni. Tak żeby się ukryć w kocu na chwilę. Już przykryta kocem, szeptająca do poduszki, już czuję jak mnie gładzi Morfeusz po głowie i nagle słyszę to jedno, jedyne pytanie, które pada pod adresem A. i zapewne wszystkich innych ojców na tej planecie.

To jedyne pytanie, które zadają dzieci swoim ojcom i które na zawsze odbiera nadzieję, że istnieje jakaś sprawiedliwość na tym świecie, jakaś choćby mocno naciągana proporcja w zakresie podziału obowiązków między matką i ojcem.

Pytanie brzmiało, a zadał je tym razem starszy B:

Gdzie jest mama?

•••

Wracam z biegania i postanawiam dzieciom kupić pizzę. Wchodzę do budki, zarządzam: jedna pizza na pół, połowa margerita, a połowa z tuńczykiem. Pan miły, każe czekać. Po dziesięciu minutach dostaję pizzę i orientuję się, że przecież nie biegam z portfelem i nie mam jak zapłacić. Mam kłopot z płatnością, informuję. No i co? – pyta pan. No nic, mówię, doniosę. Doniosę?- ale czy pani jest dorosła?! No jestem, dlatego mówię, że doniosę, a nie, że nie mam!

Doniosłam.

•••

Kiedy masz intelektualny regres i brak sensów i suniesz bezmyślnie po fejsbuku już jakąś dłuższą chwilę i nagle przed oczami piękna, żółta tablica z napisem strzelającym prosto w twarz: kiedy ty siedzisz na fejsbuku, ktoś właśnie kończy pisać swoją świetną książkę.

szach i mat.

•••

Pięknego weekendu, proszę Państwa.

:)))

xoxo

TAGS
POWIĄZANE WPISY
Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Literatka, fotografka, nefelibata. Opowiadam historie o codzienności, w której w soboty jest zen, a we wtorki końce świata (albo na odwrót i w zupełnie inne dni). Czasami piszę książki, zawsze mam w torbie aparat, na ogół polegam w kuchni. Codziennie bujam w obłokach. Stamtąd wszystko lepiej widać.

Zapisz się!
Najchętniej czytane posty.