Rozwój Życie w zachwycie.

Pożegnanie z bylejakością.

19 maja 2017

Pożegnanie z bylejakością.

Redukcja bodźców, nadmiaru, bardziej świadomej konsumpcji, czyli upraszczanie życia, jakkolwiek by je definiować, przynosi ciekawe odkrycia w obrębie drobnych nawyków, codzienności i domostwa. Pisałam kiedyś o porannym ścieleniu łóżka. Uważne układanie kołdry i gładzenie poduszek przynosi za sobą falę następnych, drobnych rzeczy i gestów, które chce się też wykonać ładnie. I z dbałością. 

Filiżanka do kawy nie jest przypadkowo wyciągnięta  z szafki, a porzucony wieczorny koc na kanapie ląduje równo poskładany w skrzyni. Nagle złapałam się na tym, że robię obchód przed wyjściem do pracy i zamykam zostawione przez B&B  pootwierane szafy i szuflady. Do torebki pakuję lnianą torbę w kwiaty na popołudniowe zakupy zamiast foliówki z supermarketu.

I na przykład do tego taka kwestia domówek, czyli tak zwanych ubrań na po domu. Temat banalny, ale mnie zajął ostatnio na długo. Pamiętam moich dziadków, kiedy w niedzielę wyciągali z szafy swoje najlepsze ubrania i zgodnie, pod rękę, przesadnie wystylizowani w obłoku ciężkich perfum szli do kościoła. Po powrocie poświęcone rzeczy natychmiast lądowały w szafie, a babcia wskakiwała w kwiecistą podomkę z poliestru i dziadek w grubą bawełnianą koszulkę z długim rękawem i spodnie na szelkach. Dom to dom, tu nas nikt nie widzi.

Był taki czas, kiedy B&B byli mali i intensywnie absorbujący (jest między nimi dwa lata różnicy), że tak się zanurzyłam w macierzyństwie, zdaje się, że do ostatniej komórki na czubku głowy, że mimo pewnej  wrażliwości na estetykę, kwestia ubioru własnego zeszła u mnie na plan ostatni. Doszłam do wniosku, że skoro zakres moich wyjść ogranicza się do piaskownicy i placu zabaw, a kompletnie przespana noc jest abstraktem, jest mi obojętne, jak się noszę, byleby wygodnie, bo a nuż trafi się okazja na piętnastominutową drzemkę.

Minęło kilka lat, noce już przesypiam, ale nawyk dresowo – podomowych luźnych ubrań przeciągnął mi się na następne lata. Kiedy w ubiegłym roku poświęciłam znaczną część swojego urlopu na decluterring szaf, automatycznie zostawiłam kilka lekko nadszarpniętych czasem i słabą jakością bawełny koszulek na tak zwane podomowe. Również dolna garderoba reprezentowana była przede wszystkim przez legginsy albo spodnie do jogi.

Tymczasem te poranne pościelone łóżka i co za tym idzie chwila uważności, nie lubi mi się ostatnio za bardzo z bylejakością noszenia się po domu. Jeśli do stanu używalności publicznej doprowadzam się w łazience automatycznie, nawet jeśli wiem, że śmieci dziś nie pójdę wyrzucić, czyli nakładam tusz i trochę bronzera na policzki, tak ubiór w domu traktowałam z lekka po macoszemu i bardzo w stylu casual.

I następuje u mnie konsekwentne pożegnanie z bylejakością codziennych drobiazgów i rozchodzi się to na coraz więcej obszarów. Miesiąc temu znowu dopadłam swoją szufladę z koszulkami i pozbyłam się bez żalu tych na po domu. Legginsy również przestały być nagle sympatyczne, zatem adieu. Mam dwie pary dżinsów boyfriendow i te przejęły rolę ubrań na po domu, jest casual, ale z ukłonem w kierunku Domu jako miejsca i dla siebie samej również. Do tego koszulki, które sklasyfikowałam kiedyś jako nadające się do wyjścia, teraz bez klasyfikacji przejmują rolę reprezentującą mnie w świecie codziennym, prasowania i mycia wanny również.

Ciekawe, że młodsza B, moja niespełna ośmioletnia latorośl, chadza od jakiegoś czasu tylko w sukienkach i tiulowych spódnicach, niezależnie od tego, czy idzie na podwórko czy z powodu kiepskiej pogody siedzi  w domu. Lubię być ładnie ubrana, mówi do mnie, dla siebie, nawet, kiedy nigdzie nie idę i nawet jeśli za chwilę na koronkach ląduje sos pomidorowy. To się chyba nazywa wczesna świadomość stylu.

To wszystko są drobiazgi, które składają się na jakość codzienności. Można jogurt w domu wyjeść prosto z opakowania, można go przelać do szklanej miseczki. Można zjeść na kolanach przed telewizorem (w tej kwestii jestem bezlitosna, gonię dzieci, bo przed telewizorem to człowiek nawet nie wie, jak jedzenie smakuje i co w ogóle je). Można chodzić w wypchanych dresach po domu, a można być na swój sposób stylowym, czwartkowym domownikiem cebrującym domowe ognisko. To  wszystko ma znaczenie i wnosi uważną, zmysłową jakość w nasze codzienne życie.

A co Wy o tym myślicie?

Pozdrawiam letnio. Buziak.

TAGS
POWIĄZANE WPISY
Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Literatka, fotografka, nefelibata. Opowiadam historie o codzienności, w której w soboty jest zen, a we wtorki końce świata (albo na odwrót i w zupełnie inne dni). Czasami piszę książki, zawsze mam w torbie aparat, na ogół polegam w kuchni. Codziennie bujam w obłokach. Stamtąd wszystko lepiej widać.

Facebook