Relacje małe i duże Życie w zachwycie.

O super matkach, Instagramie i czego potrzebują dzieci.

8 września 2016

O super matkach, Instagramie i czego potrzebują dzieci.

Siadam sobie czasem wieczorami na kanapie, kiedy B&B już turlają się z Morfeuszem, kot pod nogami, a ja wtedy myk i do Instagrama wskakuję.  W ten rozświetlony, jaśniutki świat rozmazanych pasteli, uśmiechniętych, pięknych ludzi, uśmiechniętych, pięknych potraw i uśmiechniętych, pięknych dzieci.

Rozczulam się, karmię do syta estetykę, bo naprawdę mi to dobrze robi, potem podnoszę głowę i koniec zachwytu. W zasadzie upadek nawet. W sekundzie.

O żesz fak. Nic nie sprzątnięte, pod stopami oprócz kota brudne skarpety starszego B, a w ciało się wpina lalka – wampirka B młodszej. Na podłodze ślady soku. Heloł, lądujemy w rzeczywistości.

A ja padam na twarz i mam to szczerze mówiąc głęboko gdzieś. Byłam w pracy, na zebraniu w szkole, potem ogarnęłam dom i kolację, przeprowadziłam filozoficzną pogawędkę ze starszym B na temat lęków i zmian w życiu, wyściskałam dwieście razy na dobranoc, pięć razy się wróciłam, żeby uściskać następne dwieście razy, jest godzina 23 i miałam jeszcze poczytać, ale nawet tego już mi się nie chce.

I tak sobie myślę, że wszystkie super matki i super świat są właśnie tam, w sieci. Tylko tam.

Ja nią nie jestem. Nie udało mi się. I jest mi okej z tą prawdą.

hare-1634332_640

Jeszcze kilka lat temu, kiedy miałam tylko jedno B, to bardzo chciałam być super matką. Czytałam poradniki, słuchałam porad wszystkich naokoło, w końcu każdy wie lepiej, jak wychować twoje dziecko, tym bardziej, jak nie masz własnych rodziców, chociaż ich, tych wszystkich, w ogóle o rady nie prosisz.

Ale jak się urodziło drugie B, dwa lata później, gdzie pierwszy rok z nią to był szpital i lekarze, a ja następne dwa lata później wróciłam do pracy, to przestałam mieć marzenia o byciu super matką.

Rzeczywistość wszystko zweryfikowała, ale migusiem, co przez kilka lat było przyczyną naprawdę dużej frustracji.

Bo na przykład okazało się, że nie wychodziło mi edukacyjne zabawianie moich dzieci celem prawidłowego rozwoju. Starszy B zaczął mówić, jak miał więcej niż dwa lata, a według podręcznika powinien był już wysławiać się płynnie. Nie chciał również za bardzo kopać piłki i być męski i wyraźny w wieku trzech lat.

Młodsza B urodziła się z perwersyjną wręcz chęcią do wyglądania jak dziecko hipisów mieszkających na ulicy i żadne kokardki i spinki we włosach nie zdołały jej zmusić do tego, żeby dała się uczesać. A na skutek chronicznego kataru zasmarkana na zielono była do trzeciego roku życia. I w ogóle jej to nie przeszkadzało.

birthday-1073573_640

Nie zrobiłam z nimi kursu pływania dla niemowlaków. Skucha albo i nie. Nie uczyłam liczyć w wieku czterech lat i nigdy nie upiekłam im super torta na urodziny. Jeszcze dwa lata temu chlipałam i próbowałam, ale dzięki samoakceptacji pojęłam, że tak, są kobiety, które talentów cukierniczych nie mają. Ja nią jestem.

Są dni, że wracam z pracy jak emocjonalne zombie, siadam na kanapie i zawieszam się. Potrzebuję, żeby się poskładać, wyklepać i przejść na następny bieg.

W domu jest wtedy chaos i tragedia Posejdona.

Są dni, kiedy mimo w miarę niewinnego wyglądu, zamieniam się w monstera i zaciśniętymi pięściami cedzę, żeby poszli do siebie do pokojów, bo eksploduję.

Są chwile, kiedy krzyczę i to bardzo, chociaż wiem, że to oczywiście według książek wyraz mojej bezsilności i że powinnam opanować swoje emocje, odetchnąć i spokojnym tonem rozbroić sytuację konfliktową między rodzeństwem.

Tak, czasem jestem bezsilna i nie, nie opanowuję emocji. Kiedy ma się B&B płci mieszanej i z dwuletnią różnicą wieku i on jednak ma testosteron, okazało się, i kopie piłkę i ją, siostrę, a ona polubiła spinki i świetnie gryzie, to przy trzydziestej bójce w ciągu dnia, nie można być opanowanym emocjonalnie.

Ale jeśli mnie poniesie, zawsze omawiamy dlaczego i przepraszam.

Nie wożę ich również na przeróżne zajęcia popołudniowo-edukacyjne. Zaliczyliśmy tańce i balet i judo, ale zapał szybko minął, więc nie uważam, że powinnam ich była zmuszać. Poza tym mieszkam w bardzo dużym mieście i odległości i czas weryfikują wiele. Regularnie uprawiają tylko jeden rodzaj sportu, bo uważam, że jest ważny. Uwalnia głowę, uczy wytrwałości i naprawdę uszczęśliwia. Poza tym biegają po podwórku wolni i brudni.

Nie jestem super matką.

IMG_0694

Nie uważam, że zawsze muszę stawać na baczność, jak dzieci krzyczą, że się nudzą. Mam prawo do zmęczenia i może mi się nie chcieć. Jak dwa razy z rzędu na kolację będą naleśniki, bo tego chcą, też jest ok.

Pytanie, kto o tym decyduje, która z nas jest? Kto nam ma powiedzieć, czy jesteśmy już super matkami, czy jeszcze nie?

Jak przestałam chcieć być super i przestałam się porównywać z innymi rodzicielami, to jest mi dużo lepiej być wystarczająco dobrą matką i mam mniej wyrzutów sumienia.

Wiem, że dzieciom potrzebna jest struktura, bo wtedy czują się bezpiecznie. Wiem, że mam być przewodnikiem, nie kumpelką, bo wtedy nauczą się samodzielności. Zaciskam zęby, jak chce mi się pytać, czy potrzebują pomocy, bo jeśli będą potrzebowali, to zapytają. I wreszcie wiem, że najważniejsze, żeby dać im wartości, w tym szacunek do siebie samych i innych.

Za chwilę będzie ich uczył świat i świadomość tego, co ważne naprawdę, w życiu na pewno im się przyda.

Nie piekę tortów, nie cierpię pasjami gry w Monopol i migam się, jak tylko mogę, ale bardzo dużo rozmawiamy. Bardzo dużo się tulimy i czasem jemy razem przed telewizorem i ja smarkam najgłośniej na Roszponce.

A czasem jest trening dobrego wychowania i zachowania i sztućców przy stole. Często słyszę, że jestem niefajna i okropna i niemiła, bo nie uległam ich zachciance. Czasami wszyscy na siebie wrzeszczymy, ale mamy metodę, że po jakimś czasie wracamy do tematu i zastanawiamy się, co nam nie poszło.

Instagram jest piękny i piękne są te zdjęcia. Ale myślę sobie, że bycie matką to nie zawody i tak długo, jak twoje dziecko codziennie słyszy, że je kochasz, a ty od niego, że jesteś wspaniała, to znaczy, że bardzo dobrze w tej relacji idzie. Tobie i twojemu dziecku. A co się dzieje poza wami, nie ma naprawdę żadnego znaczenia.

Bo czasem lepiej słuchać własnej intuicji, niż innych ludzi. Poradnika nigdy nie da się zastosować jeden do jednego, bo życie to praktyka, a każdy z nas jest inny. A fotoszopy i filtry są wspaniałe, ale iluzoryczne.

A czasem, jak jest nieporządek, to trzeba zgasić światło. Zapalić świeczkę i odpocząć. Żeby mieć czas i siłę na rzeczy w środku.

Pozdrawiam wrzesiennie. Cmok.

TAGS
POWIĄZANE WPISY
Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Literatka, fotografka, nefelibata. Opowiadam historie o codzienności, w której w soboty jest zen, a we wtorki końce świata (albo na odwrót i w zupełnie inne dni). Czasami piszę książki, zawsze mam w torbie aparat, na ogół polegam w kuchni. Codziennie bujam w obłokach. Stamtąd wszystko lepiej widać.

Zapisz się!