Relacje małe i duże Życie w zachwycie.

Prosimy nie karmić strachu.

2 sierpnia 2016

Prosimy nie karmić strachu.

Macie lęki? Strachy na lachy?

Ja całe mnóstwo. Według mojej samopsychonalizy wyszło, że wszystkiemu winna jest przeprowadzka. A właściwie rodzice. Bo to oni się przeprowadzili. Zabierając przy okazji mnie ze sobą. Z mieszkania z ogródkiem, do bloku z płyty. Z balkonem na czwartym piętrze. I na dodatek do innego miasta. Miałam dwa lata. 

Tak, to przez rodziców. To zawsze jest przez rodziców?

Przez ten balkon mam lęk wysokości. Taki, że mnie mrozi w kolanach. Już od wysokości dwóch  metrów.

Mam lęk pływającej przestrzeni. Czyli niestety nie dla mnie luksusowe katamarany. To pewnie taka wariacja na temat balkonu i skutki lekkiego podtopienia w wieku lat kilku.

Mam lęk niewielkiej przestrzeni. To odkąd leżąc w rurze do rezonansu magnetycznego otworzyłam oczy i zobaczyłam, że dodatkowo mam głowę uwięzioną w czymś, co przypomina maskę Haniballa Lectera. Wtedy pierwszy raz umarłam ze strachu.

Boję się robaków, pająków, dżdżownic i wszystkiego, co pełza.

Ale te wszystkie strachy to nic w porównaniu z tym, co się porobiło, jak się pojawiły na świecie dzieci.

To dopiero jest jazda!

Odprowadzam do szkoły i przedszkola i później mam wizje, jak spadają ze schodów, albo ryją twarzą w beton. Co akurat nie jest nieuzasadnione, bo już kiedyś jechałam karetką z synem z dziurą w głowie…

Słyszę, że mają wycieczkę i mam wizję zakleszczenia w windzie na stacji metra. Albo upadku na schodach ruchomych. Albo rowerzysty, który dziecka nie widzi i je potrąca.

Jak się za długo się za dobrze bawią na dworzę, to wybiegam w poszukiwaniu i z rozwianym włosem, bo mam wizję porwania.

Można się zajechać.

Jasne, to nie jest tak, że myślę o tym nieustannie. Ale jak wspominam moich rodziców i że ja godzinami poza domem, a potem w ciemności sama przez park, to mi słabo. Czy oni byli niepoważni, czy ja taka dzielna?…

O co chodzi z tymi lękami? Świat się tak bardzo zmienił, czy rodzice są inni?

Trochę chyba jedno i drugie.

Odkąd zostałam matką, to mi się włączyła wewnętrzna kontrolerka całego świata. Na najwyższym poziomie.

Tylko jak ja jestem w pobliżu, to jest bezpiecznie i wszystko się udaje. Tylko ja najlepiej umiem zadbać o nasze dzieci. Tylko jak ja jestem w pobliżu, to znika całe niebezpieczeństwo na naszej planecie.

A tych niebezpieczeństw tyle…  W gazetach piszą, internety ostrzegają. Nowe choroby, terroryzm, handel organami.

Czy jak będę im towarzyszyć w szkole i przedszkolu, to nic im się nie stanie? Ona nie spadnie  z huśtawki i ochronię jego przed porażką, jak gra w zbijaka na wuefie?

Wyłapię na stacji metra wszystkich psychopatów i matczynym węchem wyczuję niebezpieczeństwo?

Matka Supermanka? Control freak?

Dorastałam w 60-tysięcznym mieście. Blokowisko, przestrzeń i wolność z kluczem na szyi. Społeczeństwo trzymane za twarz przez władzę, więc nikt nawet o porywaniu dzieci nie myślał. Wypadków też niewiele, bo auto to był luksus. Grypa była tylko jedna i nie mutowała.

Mieszkam w prawie dwumilionowym mieście. W samym centrum Europy. Chyba każdy ma tu samochód, a ludzi o złych zamiarach też proporcjonalnie odpowiednio.

Co roku wciskają mi nowe szczepionki na grypę, ewoluują też inne choroby. Czuję się przytłoczona ilością newsów o tym, ilu ludzi okradziono i których stacji metra unikać. O zadźganych nie wspomnę.

Wychodzić, czy nie wychodzić z domu? Szekspir współczesnej codzienności…

Pewnie bym się tak zajechała z tymi lękami swoimi i o dzieci, gdyby nie dwa zdarzenia, które mnie wyprostowały i dały mocną bazę do życia bez psychozy. 

Z natręctwa lękowego o dzieci leczy mnie bardzo skutecznie fenomen przeniesienia i stosowna do tego proporcja.

Ujmując rzecz najkrócej-zauważyłam, że im bardziej się o nich martwię, tym więcej lęków mają oni. Nieświadomie przenoszę wszystko na nich (teraz świadomie, bo już to wiem…).

Im bardziej biadolę nad jego kolanem, tym bardziej przerażona jest jego mina i po chwili już mi  umiera na rękach.

Im bardziej wyciągam ręce, żeby już łapać, jak odpadną od ścianki wspinaczkowej (no przecież już widzę oczami dramatycznej wyobraźni, jak spadają), tym mniej mają ochotę to robić i sami się boją.

Im bardziej opowiadam o swoich lękach, tym bardziej są przekonani, że też je mają.

Im bardziej ostrzegam: uważaj, nie biegaj, bądź ostrożny, tym bardziej są ostrożni i boją się robić coś samodzielnie.

Skucha. Kogo wypuszczę w świat?

Lęk o dzieci wpisany jest w rodzicielstwo. Nie ma takich, co się się nie trzęsą i nie boją. Ale przesadzony strach odziera z radości bycia i okalecza dzieci.

A moje wszystkie, osobiste, paranoiczne lęki skonfrontował ze mną pewien ponad 60-letni przewodnik w podziemnej jaskini.

Trafiliśmy tam przez przypadek ubiegłej jesieni idąc jakimś szlakiem. Stanęliśmy akurat przed małą budką, z której wynurzył się nagle malutki, pogarbiony pan i zapytał, czy my też na zwiedzanie. Dzieci chórem, że tak. Ja, że tegez, ten, nie bardzo, outfit nie taki i w ogóle. Ale w końcu weszłam. Bo gapiło się na mnie kilka osób, które też chciały wejść i czekały na moją decyzję. I stało tam jeszcze kilka dzieci młodszych od moich dzieci i wobec nich to już było mi tak wstyd, że wyszeptałam, że tak, czym wywołałam zachwyt i euforię moich dwóch B.

I tam było wszystko. Wąsko, wilgotno, kilkanaście metrów w dół i nietoperze (można podpiąć pod robale i pełzające). Myślałam, że się posikam.

A malutki, pogarbiony pan, który mnie asekurował i w pewnym momencie transportował na plecach, w popatrzył mi w oczy i powiedział:

Strach jest irracjonalny, proszę pani. Nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. To projekcja umysłu. I jak to projekcja, może też zniknąć. Wszystko zależy od nas.

Jak już wyszłam z tej dziury, spojrzałam na roześmiane dzieci. Krzyczały ale super i fajnie i cieszyły się, że dałam radę.

Pomyślałam o jaskini i o projekcji w mojej głowie.

Nie spadłam, nie utopiłam się, nietoperz nie wczepił się we włosy. I to było świetne przeżycie.

Kontrola na światem to też projekcja. Nie uchronię zawsze, nie mogę być zawsze obecna. Nie uda mi się ustrzec przed upadkiem. Ale jestem zawsze, jak tego potrzebują. A to że sama nie skoczę na banji, nie znaczy, że oni tego też mają nie robić przez moją paranoję.

Być ostrożnym, racjonalnie myśleć i gotowym do konfrontacji ze sobą i światem-tak. Być posiekanym ze strachu i trzymać siebie i dzieci pod kluczem-nie. 

A wy, czego się boicie? A Wasze dzieci?

Pozdrawiam serdecznie.

TAGS
POWIĄZANE WPISY
Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Literatka, fotografka, nefelibata. Opowiadam historie o codzienności, w której w soboty jest zen, a we wtorki końce świata (albo na odwrót i w zupełnie inne dni). Czasami piszę książki, zawsze mam w torbie aparat, na ogół polegam w kuchni. Codziennie bujam w obłokach. Stamtąd wszystko lepiej widać.

Zapisz się!
Najchętniej czytane posty.