Rozwój Życie w zachwycie.

Wegetarianie jedzą tylko sałatę.

24 maja 2016

Wegetarianie jedzą tylko sałatę.

Jessuuu, to co ty jesz, jak nie jesz mięsa???!!!

Z tym pytaniem konfrontuję się od lat kilkunastu. Nauczyłam się już uśmiechać i ze spokojem odpowiadać: sałatę.

Ponieważ wegetarianie jedzą tylko sałatę.

Ludzie, którzy nie jedzą mięsa, odżywiają się tylko i wyłącznie sałatą.

Czasem jedzą też ziemniaki i suchy makaron.Tego nauczyło mnie moje wieloletnie wegetariańskie i w porywach wegańskie odżywianie się.

Nie, no ogólnie jest lepiej. Bycie roślinożercą jest trendi. Jest Marta z Jadłonomii i niedawno poznana cudowna Basia z Babowni, które robią wspaniałą robotę. I nawet moje mięsożerne dzieci, jak im wjeżdżam z roślinnymi burgerami, są zachwycone i mlaskają.

Ale dziewczyn ze sobą nie zabiorę, jak idę gdzieś coś zjeść.

Bo takie gotowanie i piękne historie odbywają się w zaciszu domowym, wśród hipsterów i w jakichś  pochowanych kultowych restauracyjkach dla wąskiej, wtajemniczonej publiki.

Bo w bardzo mocno jeszcze tradycyjnym społeczeństwie dieta niemięsna traktowana jest odstępstwo od normy. I pożeraczom sałaty często jest po prostu bardzo głupio, jak informują, że  dziękują za kotleta.

Jako przedstawicielka tego gatunku od lat żyję z wyrzutami sumienia i ciągle muszę się czuć winna, że nie zachwycam się kiełbasą.

Na przykład takie akcje w restauracji, gdzie jest menu i jedno mięsne danie do wyboru. Ziemniaki z mięsem w sosie.

A ty pytasz, czy mogłabyś bez. I dostajesz ziemniaki z sosem. I czujesz się głupio, bo nie wiesz, czy robią  z ciebie idiotkę, czy to tak na serio. I kiedy uprzejmie informujesz, że ten tegez bez sosu też, bo to przecież sos mięsny, to w efekcie ląduje przed tobą talerz kartofli. Suchych. A na deser zniesmaczenie towarzystwa. I cała sala się na ciebie gapi, bo kelnerka wzdycha tak głośno, że słyszy ją kucharz i najprawdopodobniej napluł ci już dawno w te bambory z zemsty.

I myślę sobie wtedy, że na łykowatego steka to można zwrócić uwagę. Wybrzydzić na gulasz albo żeberka. Ale jak poprosisz o danie bez mięsa, to jesteś dziwakiem i nikt cię nie lubi.

Ogólnie szumna strona o nazwie potrawy wegetariańskie w większości restauracji to sałata z mozarella, sałata z fetą, sałata sezonowa i frytki. I ryż.

I tak na ogół kończę moją kolację. Jem sałatę.

Chociaż ostatnio kelner w jednym miejscu był miły. W karcie pod wegetariańskie była sałata, a jakże, z fetą, a jakże, w płaszczykach z boczku. Uprzejmie zapytałam, czy mogłabym takową dostać, ale bez płaszczyków. Pan kelner się nawet uśmiechnął i w sekundę był z powrotem z moją porcją. Palce mu jeszcze pachniały od tych boczkowych płaszczyków, które właśnie z mojej fety ściągnął.

Pojadłam. Dobrze, że ziemniaki mieli.

Albo wielkie imprezki typu wesela.

I co na pierwsze danie? No rosół, jasna sprawa. I nawet, jeśli gospodarze są tak mili, że podadzą do kuchni twoje preferencje, to i tak co stoi przed tobą?

Talerz z suchym makaronem i wielkim kłębem zielonej pietruszki.

No starali się przecież.

I nie wiesz, czy masz sobie z tej pietruchy zrobić wianek, czy włożyć mężowi w butonierkę?

I wszyscy patrzą na ciebie z politowaniem. A ty znowu masz wyrzuty sumienia i ogólnie dla ciebie to już jest po imprezie, bo i tak nikt z tobą nie zatańczy.

Jesz na drugie danie ziemniaki albo ruskie i w tajemnicy sama dolewasz sobie wino.

Żeby jakoś przeżyć do rana.

Albo takie drugie cudowne pytanie, które lubię:

Przyjdziecie do nas na kolację? Co jecie? Ja ogólnie prawie wszystko, tylko mięsa nie, informuję grzecznie. Ojej, to co my dla ciebie przygotujemy!? Trzeba będzie coś ekstra zrobić…

No i ch%j. Już po nastroju koleżeńsko-przyjacielskim. Znowu się wszyscy na mnie gapią, chociaż wcale tego nie chciałam.

No to się najadłam, myślę. A głośno: e tam, jakaś sałata i wystarczy. No i siedzę przed tą sałatą cały wieczór. Czasem przed gotowaną marchewką. I się cieszę. Cóż mi pozostaje.

I w sumie olał te wszystkie restauracje. Prawo większości. Co się najem liści i ziemniaków to moje. W końcu restauratorzy zarabiają na stekach i krewetkach, a nie szpinaku.

Ale wkurza mnie to zdziwienie i wzdychanie, że trzeba się dla mnie i mojego żołądka natrudzić. 

Nie uprawiam propagandy roślinnej. Nikogo nie przekonuję do porzucenia mięsa. Nie oceniam, nie namawiam, nie pytam. 

Nie interesuje mnie, dlaczego ktoś je mięso. Je i już.

Nie obnoszę się ze swoją filozofią i nie demonstruję jej. To moja prywatna sprawa. I nie cierpię, dlaczego ktoś mnie o to nieustannie pyta.

Przeżyłam dwie wegetariańskie ciąże i miałam nawet pomysł, żeby w tym duchu wychować potomstwo, ale poległabym ze społeczeństwem już na poziomie przedszkola, męża i teściów. Może to i lepiej. Ja też podjęłam decyzję o rezygnacji z mięsa świadomie i nie na poziomie dziecka. Zostawię ten wybór teraz dzieciom.

Dzieci urodziły się zdrowe i niczego im nie brakuje.

Prawie wszyscy moi znajomi jedzą mięso. Moja rodzina też.

Nie jęczę wieczorem, że robię kuraka z piekarnika. Robię, bo lubią. Szanuję to.

Szanuję też tradycję grilla i nie marudzę, że muszę zrobić coś, czego sama nie jem. Nie przyszłoby mi do głowy wzdychać tylko dlatego, że to nie moje kulinarne preferencje.

Dlaczego można pół dnia spędzić w kuchni pilnując wyrafinowanej pieczeni, a nie można  darować sobie komentarzy i min pod moim adresem?

Czy mogę prosić o odrobinę szacunku, chociażby dlatego, że uprawa sałaty kosztuje świat dużo mniej, niż hodowla tuczników?

Pozdrawiam mocno.

 

Zdjęcie: Pixabay.

 

TAGS
POWIĄZANE WPISY
Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Literatka, fotografka, nefelibata. Opowiadam historie o codzienności, w której w soboty jest zen, a we wtorki końce świata (albo na odwrót i w zupełnie inne dni). Czasami piszę książki, zawsze mam w torbie aparat, na ogół polegam w kuchni. Codziennie bujam w obłokach. Stamtąd wszystko lepiej widać.

Facebook