Rozwój

Światło, które się zagubiło.

By
on
12 lipca 2019

Światło, które się zagubiło.

Czytam kolejną książkę Rebeki Solnit, Przewodnik po zagubianiu się (A Field Guide to Getting Lost). 

Świat jest niebieski na krawędziach i w swojej głębi. Ten błękit to światło, które się zagubiło, ale które uzmysławia nam całe piękno tego świata”, czytam. 

Błękit to horyzont i emocje, samotność i odległość, pisze dalej Solnit. W aktualnym, miejskim szale wyprzedaży, instagramowych, egzotycznych plaż i doskonale ubranych, doskonałych ludzi, w deszczowe, chłodne popołudnie czytam o zagubieniu i odnajdywaniu siebie. O horyzontach i tęsknotach, o przekraczaniu granic. 

Czuję to samo zdziwienie, kiedy kilka tygodni temu, w pewien upalny wieczór, pełen gęstych zapachów grilla i znużonej, koszonej co chwilę trawy, nie mogącej się odrodzić, nagle wkroczyły głośne dźwięki „Toski”. Z okien sąsiada, z życiem, o którym nie można powiedzieć nic, tak cicho i niemalże przezroczyście w nim jest, nagle wysokie tony opery, w których zamarły na chwilę wszystkie ogródkowe rozmowy.

Światło, które się zagubiło. 

Świadomość chwili i nieistotność materialności. Przez chwilę wszystko jest niebieskie i można  się w tym błękicie zanurzyć i poczuć, że cała reszta nie ma tak naprawdę wielkiego znaczenia. 

Bo ktoś kiedyś napisał muzykę, która w tamten wieczór wszystkich zatrzymała i Rebecca Solnit oddała mi eseje pełne swojego doświadczenia i wrażliwości, dzięki którym znowu nabieram wiary, że tylko naprawdę na chwilę zagubiliśmy to światło i nie widzimy go w kulturowym obłędzie posiadania i gromadzenia, niszczenia i niewiary w to, co naprawdę istotne i wyznawania religii w to, co można kupić i się tym otoczyć.

Ktoś mi bliski, z kim często rozmawiam, z plaży nad Bałtykiem, pisze, że nagle w siebie wątpi, szuka w życiu swojej intencjonalności. Że ktoś, kto się zna, podpowiada, że to celowość. 

Więc pewnie ma być zmierzone i zważone, podsumowane.

Wieczorem sortuję zdjęcia z popołudnia nad wodą, gdzie słońce i lody i przez chwilę nicnierobienie i w złapane na nich emocje nie potrafię upchnąć celowości. Początku i końca jakiegoś działania. Bo to mnie znowu plasuje w jakimś wyścigu, do którego się nie zapisywałam i bardzo dziękuję, ale ja wysiadam, mnie się nigdzie nie spieszy. Powiększanie doświadczenia zawartego w krótkim być podoba mi się dużo bardziej.

W tym świetle, o którym pisze Solnit, w błękicie każdego rodzaju, w nieznanym życiu, które zaczyna się codziennie rano, na nowo, widzę intencjonalność, która nie musi się gdzieś za każdym razem rozpoczynać i kończyć. 

Prawdziwa intencjonalność zaczyna się tam, gdzie opłacalność nie ma znaczenia.

Tam rozpływają się wątpliwości o zasadność społecznego uzasadnienia i sposobu, w jaki oddychasz i w jakim tempie przemierzasz świat.

Ta intencjonalność znajduje zagubione światło, błękitne w swym odcieniu w zależności od tego, czy akurat nurkuje w wodzie, czy gasi horyzont.

Intencjonalność zaczyna się w momencie, w którym życie meduzy wyrzuconej na brzeg ma dla Ciebie znaczenie. 

Tej z przypowieści o de Mello, który spacerował z przyjacielem po plaży, pełnej wypchniętej na nią przez morze meduz. De Mello cierpliwie schylał się, pojedyncze zbierał i wrzucał ponownie do morza. Na  pytanie, po co to robi, jaki jest sens, skoro ich wszystkich nie uratuje, odpowiedział, żeby zapytać o to te, które wrzucił ponownie do wody.*

Z życia według własnych wartości, z naiwnej pewnie, ale jednak wiary w dobro, z odwagi przekraczania własnych granic, z doświadczania świata z aż bolesną czasem wrażliwością, z niezgody na „a co ja mogę” i cierpliwym, pojedynczym działaniu, pewnie nie stworzy się ilości, która da się wymierzyć. Ani trochę.

Ale ciągle będzie się widzieć światło. Po to, żeby w życiu, które i tak układa się przecież po swojemu i w którym często czujemy się zagubieni, ciągle na nowo jednak się odnajdywać i wierzyć, że mimo kruchości wszystko ma sens.

I jeszcze w letnie noce cicho wyznawać najbardziej osobistą wiarę, że wrażliwość i literatura mogą uratować ten świat.

Uściski. 

xoxo

#earthloveandrockandroll

*Anegdotkę o de Mello przypomniała mi i przytaczam ją za lekturą (te przypadki…) świetnego tekstu Julii Fiedorczuk „Meduza” z najnowszego wydania „Przekroju”, którą bardzo polecam i pod którego konkluzją podpisuję się intencjonalnie i całym sercem.

TAGS
RELATED POSTS
Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Agnes on the cloud to miejsce, gdzie nie ma kalendarza zaplanowanych publikacji, a slowletter pojawia się tylko wtedy, jeśli mam coś ważnego do przekazania. Opowiadam historię o codzienności, w której czasem jest zen, a czasem końce świata. Czasami piszę książki, zawsze mam w torbie aparat, na ogół polegam w kuchni. Codziennie bujam w obłokach.