Relacje małe i duże Rozwój

Wyprawy za oceany.

By
on
13 kwietnia 2019

Wyprawy za oceany.

W piątkowy wieczór, zimny jak diabli, siedzę w kuchni, na małym, drewnianym stołku z pchlego targu i zbieram w jedno miejsce skrawki poszczególnych dni. 

W poniedziałki są na ogół małe końce świata. Nieletnie towarzystwo jęczy i zrzuca mi na ręce swoje niedośnione sny, chce herbaty, potem zaraz już nie, albo jednak tak, już martwi się o popołudnie i zajęcia, na które nie chce iść. Zaciskam zęby, sama mając jeszcze pod powiekami własne obrazy o jakiejś podróży, po raz kolejny, w jakimś pełnym pociągu, w którym nie wiem, czy jestem w powrocie, czy w ucieczce. Śnię tak od tygodni.

Robię śniadania, zapewniam, że dzień będzie okej, przecież zaraz już święta i wolne i pośpicie dłużej, zapewniam. Całuję z czułością, udając, że nie wiem, że kolektywne mycie zębów trwało dwie sekundy. Wysyłam ich potem w życie, niepewna, udając, że świat i wszystko wokół są naprawdę w porządku.

Otwieram codziennie rano własne przestrzenie na emocje i słowa, rozkładam spadochron na fochy grzywki, która nie wygląda jak miała wyglądać, na szkołę, nudną, okropną, beznadziejną, ten straszny angielski i głupią, niepotrzebną matematykę. Łapię w niego przy okazji własną niepewność odważnych planów. Kilka garści poniedziałkowego zwątpienia. 

Na życie, co teraz nie sprzyja, wbrew temu, mimo wszystko, oddaję całą swoją siłę. Układam i plotę scenariusze, w których pełno rzeczy drobnych, ratujących je. Oddycham głęboko i składam w całość swoją mocną wiarę w przyczynowość i skutek. W brak przypadków. 

Otwieram okna i wypuszczam przez nie wszystkie oczekiwania. Uczę się cierpliwie stanu, w którym jest zaufanie i spokój, przyzwyczajam się do świadomości nieustannej zmiany.

Myśli tworzą naszą rzeczywistość, mamroczę, powtarzam jak mantrę, zbierając porzucone kartki, pojedyncze skarpety i znajdując kolejną, przegryzioną na pół gumkę do mazania. Oduczyłam się przekleństw, choć były tak pomocne.

Martwienie się nic nie przynosi, więc może przez chwilę nie martwić się niczym, zliczyć, co się ma dobrego, ułożyć w szafie, codziennie zaglądać i zobaczyć, co z tego wyniknie.

Swoje maleńkie, niczym szpilka, ostre, łamiące mi zawsze serce, do bólu skuteczne końce świata, chowam w pudełku po jakimś pierścionku, którego dawno już nie ma i wyrzucam, mając nadzieję, że co z oczu, to z serca. A kysz. 

Siadam przy biurku i planuję życiowe wyprawy za oceany, mimo lęków zapisuję pewnie plany podróży. Zaznaczam kryzysowe porty, są niczym w wielkiej, rozbujałej przestrzeni, kiedyś przecież nastąpi z nich odwrót. I mimo lęku przed wielką przestrzenią pojawi się nadzieja na nowe zjawiska. Miejsca. Inny kosmos.

W środę pocieszam, kryzysowa linia telefoniczna, kontroluję i podtrzymuję wątłe ostatnio stany ducha. Mieszam w światłowodach kwantowość fizyki z pokoleniową wiarą w przepływ energii zależnej od stanu gwiazd i księżyca. Wznoszę oczy do nieba z prośbą o potwierdzenie moich filozofii, rozmawiam potem z psem, chyba przyznaje mi rację, patrzy uważnie, siedząc nieruchomo z przekrzywionym łbem.

Czytam potem o tym, że stan naszego mieszkania odpowiada stanowi naszej duszy. Rozglądam się dokoła. Oprócz mokrych śladów łap i stosu gałęzi na tarasie, które regularnie przynosi to stworzenie, które zrujnowało nam mieszkanie i zalało miłością bez końca i do łez, widzę wszędzie ślady czekoladowych palców na drzwiach, na szafkach i na kranie nad zlewem. Zawsze ślady czekolady albo masła z niej. 

Tak więc stan ducha i domu zawsze czekoladowy, notuję, i blisko natury, w tej kwestii mamy niezmienny optymizm. 

Jak następnym razem będę umierać, pójdę do kuchni i popatrzę na to wszystko przed śmiercią. Odechce mi się. Przecież muszę to jakoś najpierw ogarnąć.

Czwartki to małe piątki, rośnie optymizm i samodzielność wstawania, nawet grzywka sprzyja. Kryzysy telefoniczne opanowane. Coś odpuściło, słyszę, jestem taki zmęczony. Wracaj do domu.

Wieczorem zbieram towarzystwo w naszej małej kuchni. Ty kroisz pieczarki, ty mieszasz jajka, zarządzam. Jak biologia? Co w mieście? Choć się przytul. 

My, dorośli, przez chwilę w przestrzeni, w której brak miejsca dla siebie, celowo, podłączeni pod energię dzieci, w której nieustanny entuzjazm, a rozpacz trwa ułamki sekund, grzywkę da się zmoczyć, idę już spać, ja też.

Patience, I am just growing up in stages. Cierpliwości, dorastam stopniowo, słyszę tekst ulubionych chłopaków z drugiego końca świata. Potrzebne mi to dzisiaj.Tak bardzo. Cierpliwość.

Późną nocą sprawdzam pokoje, gaszę lampki. Układam siebie, mimo wszystko, z głową pełną wiary w swoje wyprawy za oceany. Że się powiodą. Że tyle jeszcze dobrych portów przed nami.

Przed każdym z nas.

Uściski.

xoxo.

TAGS

6 kwietnia 2019

25 kwietnia 2019

RELATED POSTS
Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Agnes on the cloud to miejsce, gdzie nie ma kalendarza zaplanowanych publikacji, a slowletter pojawia się tylko wtedy, jeśli mam coś ważnego do przekazania. Opowiadam historię o codzienności, w której czasem jest zen, a czasem końce świata. Czasami piszę książki, zawsze mam w torbie aparat, na ogół polegam w kuchni. Codziennie bujam w obłokach.

Mój profil na Patronite

Mój profil na Instagramie
Instagram has returned invalid data.

Obserwuj mnie!

Zapisz się!