Życie w zachwycie.

Stan umysłu i mikroradości.

By
on
8 marca 2018

Stan umysłu i mikroradości.

To miał być wpis o zmęczeniu i wiosennym przesileniu o wymiarze kulturowo – egzystencjalnym. Ale wyszło chyba optymistycznie i o środowych smuteczkach nie ma już mowy.

Mikroradości czają się wszędzie. 

Na szczęście.

***

Wystarczy odpowiedni stan umysłu.

Stan umysłu jest wszystkim.

Po angielsku brzmi jeszcze ładniej: mindset is everything, czytam u kogoś, kto pisze, że można wszystko, jeśli się tylko mocno chce.

Siedzę w ciszy w środowy poranek poobijana od zimy i wszystkich mało miłych zdarzeń, które się ostatnio przytrafiły i nijak nie mogę zmusić swojego umysłu do wyobrażenia sobie pięknych obrazków, soczystej wizji przyszłości, które zmienią mi nastrój i nagle wszystko będzie dobrze.

Czuję się przytłoczona kulturą pełną poradników pozytywnego myślenia i ekspertów od osiągania sukcesu, którzy mówią, jak powinno się żyć. I że na pytanie jak się masz powinno się być zawsze fajn, bo dobra energia i te sprawy. 

I że szczęście i sukces są w zasięgu ręki. I że trzeba podejmować odważne decyzje. Zostawiać cieplutką strefę komfortu. Bo inaczej to skucha i upadek. Dla słabych nie ma miejsca w tym świecie.

Od kilku dni codziennie piszę, ale nic z tego nie wynika. Wewnętrzny krytyk krzywi się i ma humory, wybrzydza i jest oburzony jakością.

Mijam wczoraj regał z gazetami w spożywczym i widzę, że już za chwilę znowu trzeba będzie się odchudzać i stoczyć morderczą walkę z cellulitem, choć to walka nierówna, bo ten przeklęty nigdy nie odpuszcza.

Jestem dziś trochę dorośle zmęczona, przez chwilę nie chcę być ani trochę za wszystko odpowiedzialna. Mam ochotę być dzieckiem, na wszystko gwizdać i schować się na chwilę do własnej kieszeni i chwilę tam sobie posiedzieć bimbając na świat.

Tylko dzisiaj nie mieszczę się do tej kieszeni.

Muszę znaleźć nową pracę. I tak naprawdę nie mam pomysłu gdzie i jako kto. Trzeba się jakoś ogarnąć. Grzywkę odgarnąć i wskoczyć w mocne buty. Założyć lekką kurtkę i dziarsko wyjsć w świat.

A dziś jest taka środa, kiedy mnie dorosłość przerasta. Dziś zaprojektowały mi się moje podstawowe lęki. Dziś wyjątkowo boję o dzieci, bo to przejście dla pieszych w drodze do domu takie niebezpieczne i tyle nienormalnych ludzi wokół. (…W miłości do dzieci jest tyle strachu…)

Dziś martwi mnie wszystko, małe i duże, moje i obce.

Dziś martwi mnie globalne ocieplenie i rozpaczam nad skatowanym szczeniaczkiem, za którego oprawcą rozesłano list gończy.

Dziś mam przez chwilę dosyć prania bez końca i szukania zagubionych skarpetek (cholerna pralka).

Dziś mi się nic nie udaje i w mojej głowie prognozy na przyszłość są niepewne. Z czterech bambusów na tarasie zimę przetrwał tylko jeden. Tydzień temu pożegnałam monsterę. Kot ją uśmiercił.

I jeszcze zaświeciło słońce i dopiero widać, jak mam o k r o p n i e  brudne okna.

Stan umysłu jest wszystkim.

Ratunku.

Wstaję spod koca i zabieram szczeniaczka na spacer.

Idę poszukać mikroradości.

Jest dziesięć stopni. Chyba mam ciepłe uszy od słońca.

Niebo jest dzisiaj naprawdę n i e b i e s k i e.

Moim sukcesem na dzień dzisiejszy jest w miarę ogarnięty dom ze szczeniakiem, który zjada wszystko, co z drewna i neurotycznym kotem, który nie chce wyjsć z sypialni i okopał się tam, jak w twierdzy.

Ale po dwóch tygodniach wczoraj spały obok siebie.

Od pół roku przechodzę obojętnie obok Zary (za to ciągle nie mogę koło TKMaxxa, aghhhh…)

Po niedzielnym kryzysie pod tytułem nie dam rady z tym zwierzyńcem, z tymi dziećmi i z tym całym życiem na dzień dzisiejszy uważam, że dam radę i jest dużo lepiej, niż w niedzielę.

Po fatalnym styczniu i lutym nawet jeśli marzec będzie taki sam, to jestem już przyzwyczajona. Phi.

Tulipany w wazonie stoją już ponad tydzień.

A może akurat prognozy na przyszłość okażą się optymistyczne?

Moje dzieci nie wstydzą się, że odbieram ich bez zapowiedzi ze szkoły. I cieszą się jakoś tak bardzo… A może to przez psa?

W niedzielę ma być piętnaście stopni. 

Codzienne pisanie ciągle jest tym, co daje mi ogromne poczucie szczęścia.

Starszy B. mówi, że uwielbia moje tofu z warzywami. Wzruszyłam się.

Skarpety giną zawsze i trzeba to przyjąć jako konstans.

Zawsze mogę spuścić żaluzje milczenia na moje okna i umyć je jutro. Albo pojutrze. Jeszcze coś przez nie widzę. 

To tylko okna.

To tylko kiepski dzień. 

Bywa. I to jest w porządku. 

Wbrew terrorowi pozytywnego myślenia.

Nie zawsze najważniejsze są wielkie decyzje. Mikroradości znalezione w posępną środę bywają równie atrakcyjne. Właściwie można by je znajdować codziennie. I być po cichu spełnionym. Wcale nie spektakularnie. Za to zwyczajnie i po ludzku. 

Ściskam ciepło.

Buziak.

TAGS
RELATED POSTS
Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Pisarka z szafy. Zero orientacji w terenie, w kuchni podobnie. Wysoka wrażliwość i mocna wiara w sens bycia przyzwoitym. W dużej torbie wiele małych rzeczy i aparat. Wielbicielka codzienności bez pośpiechu. Znaki szczególne #nofilter. Witaj, Czytelniku.