Relacje małe i duże Rozwój

Krótki traktat o miłości.

By
on
17 stycznia 2018

Krótki traktat o miłości.

Zima sprzyja mi intensywniejszemu myśleniu niż zwykle. Siedzę w domu w szarości, ratuję się paląc świeczki, hygge musi w końcu zadziałać, setki Duńczyków nie mogą się mylić. Patrzę na śniego – deszcze za oknem i wciągam powietrze do płuc mocniej niż latem. Rano wychodzę wcześnie, dzień niby dłuższy, a ciągle ciemno i gubię się we mgle.

Zatrzymuje mnie powtarzalność. Na chwilę zasmuca. Cykliczność pór roku, szczególnie o tej porze. Wyrzucane w styczniu stare kalendarze, pssst, iskierka zgasła, na ścianie zawieszane nowe.

B&B, w porozumieniu z resztą ferajny z osiedla, zażyczyli sobie jakiś czas temu, żeby kategorycznie nie odprowadzać ich do szkoły, bo to obciach. Przychodzić i odbierać też nie, w końcu są już prawie dorośli i szkoła jest za rogiem. Więc symbolicznie odeszło mi jedno maleńkie uzasadnienie życiowo – matczynej użyteczności.

Starszy B. ma już fazę chodzenia w domu w czapce i zajmowania łazienki na pół godziny celem zrobienia z niej sauny. Moja pajęczyna robi się lżejsza. Młodsza wyedukowana przez Red Lipstick Monster dyskutuje ze mną na temat konturowania, czym wprawia mnie w osłupienie.  Następna zerwana niteczka pajęczyny. Codziennie coś się rozwija i znika, delikatnie, niezauważalnie. Nagle siedzę sama w pokoju, a jeszcze niedawno byłam tu z nimi codziennie.

Kiedy wieczorem wszystko ucicha, a ja jestem po dziesięciu pożegnaniach i uściskach na dobranoc, znika moja rodzicielska wielkość. Staję się nagle maleńką częścią kosmosu, niewidoczną jak kropelka powietrza, w której codzienne zmagania nabierają innego wymiaru. Stan posiadania, codzienny pośpiech, zapisane drobnym drukiem cele, ilość rzeczy albo ich brak. Zmartwienia, których powodem są inni ludzie, dyskusje, żal, wybory, potknięcia i strach.

I przez chwilę ta świadomość mnie przerasta i gubię wszystkie sensy. Bo przecież jakie one mają znaczenie i jakie w ogóle ja mam znaczenie wobec prędkości światła i nieskończonej ilości gwiazd? Jestem jakąś nanosekundą istnienia, jak miliardy innych, na mgnienie.

Na chwilę krótszą niż oddech staję się bezradna i nie umiem się zdefiniować. A potem w ciszy słyszę nagle dłuższe westchnięcie przez sen starszego B.

I nagle wiem.

Na samym końcu, kiedy najbardziej zaczynam się bać, jest zawsze miłość. Która wszystko uzasadnia. Kiedy świat jest czasem za duży, wybory nie okazały się słuszne i wątpliwości mają się świetnie, zawsze cicho i spokojnie czeka ona, banalnie. Żeby wszystko rozwiać i skupić na nowo.

Kiedy przez chwilę nic nie ma sensu, wystarczy szybko wrócić do domu. Mocno się przytulić, posłuchać znajomych głosów. Zastanowić jeszcze raz nad kolejnymi wyborami. I jasne staje się, co naprawdę jest ważne. I to takie uwalniające, że zawsze istnieje to jedno uzasadnienie.

Ludzie, za którymi tęsknisz. Mali albo duzi. Zawsze jest ktoś. Ktoś, kto czeka. W pędzie, w tłumie, w świecie, który nie znosi porażek, te kilka głosek staje się przestrzenią, gdzie można być sobą bez zastrzeżeń i wątpliwości. Ten sens nigdy nie znika.

Zimową porą, kiedy pobrzmiewa kolejny zamknięty rok i pytam się cichutko, ile jeszcze mi się zdarzy, przychodzę do domu, w którym jest tylko teraźniejszość. Otwarte ramiona i nagle wszystko za oknem nie ma znaczenia. Stan posiadania, codzienny pośpiech, zapisane drobnym drukiem cele, ilość rzeczy albo ich brak. Zmartwienia, których powodem są inni ludzie, dyskusje, żal, potknięcia. Nagle nie mają znaczenia obce słowa i oczekiwania.

Wtedy staje się jasne, że muszę jak najwiecej z tego zapamiętać. Że chodzi tylko o to, że mam zawsze sens w oparciu o ten krótki wyraz. Kiedy wszystko inne zawodzi. Dzięki temu rosnę i stawiam się do pionu, kiedy się pogubię zbyt wierząc, że ważne jest to, co można kupić, osiągnąć albo gdzieś ciągle szybko biec. Kiedy życie nagle jest za duże i wiem, że istnieje niezmienność rzeczy.

Kiedy przez chwilę nic nie ma sensu, wystarczy wrócić do domu.

A potem późną nocą słuchać głębokich oddechów.

I równać swój.

.

Ściskam jedząc suszone pomidory. Zimą to jedyna radość dla pomidoromaniaków.

Buziak.

TAGS
RELATED POSTS
Okruchy dnia.

18 kwietnia 2018

Życie.

5 kwietnia 2018

Szukając zen.

21 marca 2018

Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Pisarka z szafy. Zero orientacji w terenie, w kuchni podobnie. Wysoka wrażliwość i mocna wiara w sens bycia przyzwoitym. W dużej torbie wiele małych rzeczy i aparat. Wielbicielka codzienności bez pośpiechu. Znaki szczególne #nofilter. Witaj, Czytelniku.