Rozwój Życie w zachwycie.

Kilka myśli na wieczór

By
on
1 listopada 2017

Kilka myśli na wieczór.

I mamy listopad, sumę wszystkich poniedziałków, ale nie mogę tego powiedzieć na głos, bo młodsza B. ma w tym miesiącu urodziny. Oficjalnie więc, wiadomo, listopad jest przesuper i piękny. Od półtorej miesiąca planujemy urodziny, plany zmieniają się codziennie, podobnie jak lista prezentów.

•••

Kotka skulona leży na tarasie i nie przynosi mi już do domu koników polnych, co robiła regularnie przez całe lato, wywołując we mnie ataki paniki. Raz nawet dostałam modliszkę, którą wynosiłam z domu trzymającą się kurczowo obrusa, którym potem machałam jak opętana, żeby się go puściła i zostawiła mnie i mój dom w spokoju.

•••

Mieszkam na przedmieściach, w takim miejscu, gdzie przelatuje dużo samolotów, parę kilometrów dalej jest lotnisko. Kiedy słyszę jakiś, zawsze zadzieram głowę. Najpiękniej brzęczą latem. Wyobrażam sobie wtedy, że siedzą w nich bardzo szczęśliwi, wyluzowani ludzie, którzy właśnie lecą na jakieś przepiękne wakacje. Rozmarzam się, ach, jak bym tak chciała, przez chwilę mam smuteczek, że ja tu na dole i wiatr świszczy.

A potem zaraz przypominam sobie, że ja się przecież histerycznie boję latać i niczego takiego bym sobie nie zrobiła, jak na przykład lot na Seszele. I od razu moja rzeczywistość z przedmieścia nabiera kolorów. W końcu u mnie też świeci słońce. I rzekę mam w pobliżu. Niech sobie latają. Zimą też.

•••

Łapię się na tym, że jestem czasem matką nie teraz. Nie teraz, kiedy starszy B. wpada ze spontaniczną ideą pójścia do parku trampolinowego. Nie teraz, kiedy chcą samodzielnie przygotować ciasto i usmażyć naleśniki. Chowam się za moje nie teraz. Że nie mam ochoty albo jestem zmęczona. Albo po ludzku, że park trampolinowy mi nie leży, bo mam lęki, że któreś sobie coś połamie i to jest ostatnie miejsce, gdzie chcę bywać.

Zamiast jak dorosły człowiek wytłumaczyć, dlaczego nie i przestać się dyplomatycznie zakrywać (nie)czasem. Niby matka, a czasem sama jak dziecko.

•••

Młodsza B. miała fatalny wtorek. Same niepowodzenia w wymiarze ośmioletnim i do tego na tenisie wszyscy, ale to wszyscy tak uderzali, żebym tylko nie mogła odebrać. To najgorszy dzień mojego życia, chlipała, tyle mnie dziś złych rzeczy spotkało. A coś dobrego? Co? Coś miłego na przykład. Znalazło się mnóstwo powodów do tego, żeby jej życie przestało być straszne. To może jednak nie był taki najgorszy dzień, mogę loda, wtedy już będzie mi całkiem lepiej?

Perspektywa, z jakiej widzimy świat i siebie ma znaczenie.

Żyjemy w takiej kulturze. Skupiania się na tym, co złe. Na błędach. Zaczyna się już w szkole. Punktuje się błędy, nie sukcesy.

Myśląc globalnie światu wcale nie zależy na tym, żeby nam było dobrze. Gdyby tak było, nie potrzebowalibyśmy ciągle więcej i więcej. Straszy się nas starością, więc kupujemy coraz to nowsze, lepsze kremy, jesienią straszy się nas chorobami, więc zostawiamy majątki w aptekach. Sugeruje nam się coraz to nowsze rzeczy, dzięki którym będzie nam lepiej i szczęśliwiej. Choć przecież to, co szczęście powoduje, to nigdy nie są rzeczy.

W związku ze szczęściem zakupowym to udziela mi się ostatnio rzadko. W ubiegłym tygodniu jednak robiłam prezenty urodzinowe dla dzieci, na których urodziny byli zaproszeni B&B. Odwiedziłam Zarę, tak całkiem p r z y p a d k i e m, jasna sprawa, żeby sprawdzić, co nowego w modzie. I widzę szalik, z daleka, tę idealną szarość stworzoną tylko dla mnie, sięgam do niego z przebudzonym na nowo z zarafańskim szaleństwem w oczach. Prawie go widzę na swojej szyi i nagle bach, cena 359 złoty odrzuca mnie na metr. Kaszmir. Jasna sprawa.

Zawsze, zawsze wynajduję najdroższe rzeczy. Z daleka. Nawet w second handzie i na pchlim targu. Taka przypadłość. Kto też ma?

•••

Trafiłam na fejsbuku na dyskusję nad wyższością czytników cyfrowych nad papierem. Dla mnie nie ma nic piękniejszego niż zapach nowiutkiej książki. Wczoraj przyszła wyczekana i zamówiona w przedsprzedaży kilka miesięcy temu najnowsza pozycja Kinfolka. Wąchałam cały wieczór.

Korzystam z ebooków chętnie, cudowne jest to, że książkowy przedmiot pożądania jest u mnie w pięć minut. Ale lubię do książek wracać i to papier wynagradza tęsknotę do ponownego spotkania. Można nawet poprzytulać i pogładzić po długim niewidzeniu.

•••

Poświęciłam ostatnio trochę czasu na lekturę zen habits (kultowy blog o minimalizmie). Widzę tam wiele sprzeczności. Z jednej strony autor pisze o pozbywaniu się potrzeb, które sztucznie sobie stwarzamy, jak potrzeba posiadania wielu rzeczy, potrzeba samorozwoju czy nawet ścielenie rano łóżka. Z drugiej strony konkluduje, że jak te wszystkie potrzeby wyeliminujemy, będziemy mieć więcej czasu na tworzenie.

Tworzenie też jest czymś, co nas rozwija. Eliminacja w imię minimalizmu też może się stać  potrzebą. Istnieje ryzyko wpadnięcia ze skrajności w skrajność. Wobec których nie czuję się pewnie.

Wolę, niezgrabną nawet czasem, równowagę. Cenię rozsądek i siłę mniej, ale wcale nie chcę esktremalnej rezygnacji z przyjemności posiadania rzeczy pięknych, rozwijania hobby czy miłości do estetyki i pchlich targów. Aghhh.  A ścielenie łóżka robi mi dzień. To jak chwila medytacji: poprawianie poduszek i wygładzanie zmarszczek na kołdrze.

•••

Mam ostatnio słabszy okres. Co pewnie widać po częstotliwości pisania na blogu. Zajmuje mnie brak pracy i struktura, której na nowo nie mogę odnaleźć. I sama jestem w punkcie, w którym trochę brakuje mi wiary w siebie. Każdy pomysł torpeduję zanim naprawdę zacznie istnieć.

Jesień do tego nie jest moim najulubieńszym czasem. Fizycznie boli mnie brak słońca i gasnące kolory. Dzisiejszy dzień przypomina, że w tym roku minęło dwadzieścia lat, odkąd mój dom stał się historią. Mam jeszcze kilka niezamkniętych miejsc swojej własnej przeszłości. W tym punkcie równowaga, do której zawsze dążę, bardzo mi kuleje. Nie ma do kogo zadzwonić, rodziców brak. Czasami, przez chwilę, dłuższą niż dźwięk słowa nieporadność  Bo przecież czasem się zdarza, że bezradność klei się do nas dłużej niż zwykle.

•••

Jedną z moich ulubionych książek jest maleńka pozycja „Oscar i pani Róża”, Erica Emmanuela Schmitta. Że płakałam po jej przeczytaniu pół dnia to jedno, ale że ma w sobie tyle wielkiej prawdy o świecie i życiu to drugie. I tam są takie mądre zdania, które pozwalają mi się zawsze pozbierać i przestać mazgaić, dzisiaj też:

…życie to taki dziwny prezent. Na początku się je przecenia: sądzi się, że dostało się życie wieczne. Potem się go nie docenia, uważa się, że jest do chrzanu, za krótkie, chciałoby się niemal je odrzucić. W końcu kojarzy się, że to nie był prezent, ale jedynie pożyczka. I próbuje się na nie zasłużyć.

I drugie:

Zapominamy, że życie jest kruche, delikatne, że nie trwa wiecznie. Zachowujemy się wszyscy, jak byśmy byli nieśmiertelni.
Codziennie patrz na świat, jakbyś oglądał go po raz pierwszy.

Najwięcej prawdy jest zawsze w słowach oczywistych i na pozór banalnych.

Więc czas się ogarnąć i wyjść naprzeciw listopadowi. A nuż zaskoczy.

Pozdrawiam mocno. Buziaki.

TAGS
RELATED POSTS
Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Pisarka z szafy. Zero orientacji w terenie, w kuchni podobnie. Wysoka wrażliwość i mocna wiara w sens bycia przyzwoitym. W dużej torbie wiele małych rzeczy i aparat. Wielbicielka codzienności bez pośpiechu. Znaki szczególne #nofilter. Witaj, Czytelniku.