Rozwój Życie w zachwycie

Krótka historia pewnej niedzieli.

Przez dnia 13 kwietnia 2017

Krótka historia pewnej niedzieli.

Macie czasem takie dni, kiedy niby niczego się nie oczekuje, teoretycznie nie ma planów, jest wolne, a i tak kończy się katastrofą? U nas było blisko, ostatnią niedzielę uratowała nam pogoda i bańki mydlane.

To był taki dziwny dzień, na końcu którego okazało się, że wszystkie drogi prowadzą do zen.

Miało być powoli i każdy miał być szczęśliwy. Starszy B chciał grać w piłkę, ale nijak nie można było skompletować drużyny, co chwilę ktoś szedł na chwilę do domu i nie wracał, ktoś inny przychodził, ale za chwilę musiał iść i B też wchodził i wychodził i marudził. I ja też, bo co chwilę musiałam otwierać mu drzwi.

Młodsza B wpadła w weekendową rozpacz, ponieważ jedyna koleżanka, z którą się bawi, wyjechała do babci. I B została sama i nieszczęśliwa. Dodatkowo starszy B przyszedł na chwilę i obiecał, że zagra z nią w planszówkę. Ale po chwili się rozmyślił. Więc B zaczęła szlochać i pytać, kto ją ukarał takim bratem. Nie przyznałam się, że ja i jej ojciec.

A. wszedł na wagę, załamał się, z załamania wkurzył i znowu zaczął marudzić, że cały stół jest popisany i obklejony taśmą klejącą. Bo młodsza B tworzy i śpiewa. Mimo że ma swój pokój, znosi cały swój kramik z narzędziami do malowania, rysowania i budowania na dół, do dużego pokoju i namiętnie spełnia się w wymyślaniu rzeczy różnych. I im bardziej jest jej smutno, tym bardziej kreuje. Więc jak już A. pomarudził na nią, a tak naprawdę na swoją wagę i się pozłościł, co na młodszą B nie wpłynęło ani troszeczkę, to zabrał torbę na basen i tyle go widzieli.

Ja chciałam coś mądrego napisać i skończyć wreszcie tutorial o obsłudze lustrzanki i jeszcze zacząć czytać książkę, ale zanim się ogarnęłam, to już był czas na obiad. Zrobiłam obiad, a potem poczułam ogromną potrzebę popracowania nad swoim brzuchem, bo mam challenge z A. i jego kumplem, kto będzie bardziej wysportowany do lata, ale akurat wtedy B&B musieli mi zadać mnóstwo pytań. I rzuciłam te skłony w cholerę, bo wdech, wydech, myślenie i mówienie naraz nie jest możliwe. Odpowiedziałam na bardzo ważne pytania i wróciłam do nauki obsługi lustrzanki, bo mi zapał do sportu przeszedł. Poległam natychmiast na przesłonie, kiedy pojawiła się matematyka, zrobiło mi się słabo. I musiałam ze złości wyjsć i zrobić rundę wokół domu. Bo ani nic nie napisałam, ani nie poćwiczyłam, o fotografii nie wspominając.

Była piętnasta, świeciło słońce, a my siedzielismy zmęczeni tą wolną niedzielą jak diabli. 

I nagle padło hasło: jedziemy nad wodę. Mamy swoje ulubione miejsce z drewnianym pomostem, spędzamy tam latem każde wolne popołudnie.

Usiedliśmy na pomoście, dzieci ściągnęły buty i zaczęły moczyć stopy w wodzie. Robić zawody, kto dłużej wytrzyma, bo woda o tej porze roku jest lodowata. Potem młodsza B robiła bańki mydlane, a starszy B biegał bez koszulki cały szczęśliwy.

Było cicho i ciepło. I nagle uciekły wszystkie poranne oczekiwania i rozczarowania. Nie był istotny brak drużyny piłkarskiej i przyjaciółki. Brzuchy i ich kondycja też przestały mieć znaczenie.

Słońce świeciło prosto w nos, szumiały liście i wszystko było takie, jak powinno być. Na miejscu, w tej chwili. Skupione na wiosennym popołudniu spędzonym razem.

Tak niewiele potrzeby, żeby było dobrze. Wystarczy się skupić, oddychać. I robić tylko jedną rzecz naraz. W zen jest takie określenie ichigyo-zammai, co oznacza mniej więcej koncentracja na jednej czynności.

Gdyby A. skoncentrował się tylko na potrzebie pływania. Ja tylko na pisaniu albo uczeniu się fotografii. Gdyby młodsza B tylko wycinała, a starszy grał w piłkę chociaż z jednym kolegą nie martwiąc się, że nie ma ich więcej. Niedzielne przedpołudnie wyglądałoby zupełnie inaczej.

Jak pływasz, to płyń. 

Jak tworzysz to twórz. 

Trzeba sobie o tym ciągle przypominać.

Mniej nie znaczy więcej.

Mniej znaczy lepiej.

Tak mi się pomyślało leżąc na pomoście.

Pozdrawiam ciepło. Buziak.

Tagi
RELATED POSTS
  • Takie wypady na spontanie są najlepsze

  • Czasami mały wypad robi tyle dobrego i tworzy taką atmosferę, że wszystko mija. Takie sposoby są najlepsze na ulotnienie rodzinnych, domowych zgrzytów 🙂

    • Tak właśnie. To zaskakujące, jak niewiele potrzeba do wielkiego zadowolenia:))
      Ściskam ciepło:))

  • Jak wyjadę na Wieś, to też się uspokajam. Chyba w takich sytuacjach dobrze zmienić miejsce na takie, które uspokaja i nie ma w nim zbyt wielu opcji do wyboru. Tak zazwyczaj jest w przyrodzie – nie ma internetów, telewizji, książek, sprzątania, itp.
    A jak masz problemy z przesłoną i innymi takimi rzeczami, to napisz o co chodzi – pomogę. Chyba, że wolisz rozgryzać tutoriale 🙂

  • Szkoda, że ja już wsi nie mam. Dokładnie cioci już nie ma i to tej sprawnej. W ostatnich latach gościec sprawność jej zabrał. Dom sprzedała za bezcen jak to na wsi. Moi rodzice nie mogli się tam przenieść, ani utrzymywać dwóch domów. Nie mam więc takiego fizycznego miejsca, tylko w wyobraźni, bo moja dzielnica zmienia się na gorsze i zieleni i miejsc coraz mniej.
    Dobrze jest skupić się na jednym z tym się zgadzam, ale w praktyce różnie to bywa.

    • Gdybym tylko miała możliwość przeniosłabym się na wieś. Nie lubię miasta. Prędkości, tłumu i hałasu. W takich miejscach brak skupienia. Cisza to umożliwia. I zgadzam się, że w praktyce to czasem bardzo trudne.
      Pozdrawiam serdecznie:)

  • Takie ucieczki z dala od domu bywają zbawienne. Fajnie mieć swoje tajemnicze miejsce gdzie można spakować manatki i po prostu uciec od dnia codziennego. Pozdrawiam poświątecznie 😉

    • :)) ja bardzo poświàtecznie, chybaletnio. Wybacz tak późną reakcję:) dziękuję za komentarz<3

  • Joanna Miałszygrosz

    Takie proste, a czasami takie trudne- zaskakujące. Piękny tekst 💕

  • Inspirujący wpis.

Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Cześć. Jestem Aga, a to jest blog o ogarnianiu życia, znaki szczególne #nofilter. Lubię prostotę, brak pośpiechu i wierzę, że w życiu warto być przyzwoitym. W zakładce "o mnie" znajdziesz więcej informacji o mojej osobie. Ściskam.