Rozwój

Empatia, ego i zdrowy rozsądek.

Przez dnia 25 kwietnia 2017

Empatia, ego i zdrowy rozsądek.

Siedzieliśmy wczoraj wieczorem z A. przy stole. Dzieci już zjadły i poszły dalej brykać, a nas wzięło na wieczorne rozważania. Że ten rok taki dziwny, coraz bardziej niebezpieczny. Tyle się dzieje wokół, politycznie i w społeczeństwach. Jaka będzie przyszłość naszych dzieci? – pytał A. – tego się boję. Wszystko jest takie inne niż kiedyś.

Ja też się boję. Są dni, że boję się tak bardzo, że nie mogę oddychać. Boję się nagłej śmierci, nienormalnych ludzi na ulicach. Boję się kierunku, w jakim podąża Europa, nieprzewidywalności polityków, skrajności, rozdętego egocentryzmu i świata bez wartości.

Konsekwencją strachu jest bezradność. Bezsilność, że nie można pewnych rzeczy zmienić. Że suche i stanowcze tak niestety jest niesie w sobie realny opis całego mojego wpływu na zdarzenia daleko stąd. Bezsilność rodzi pasywność. Bo można całe życie przeżyć z lęku nie wychodząc z domu i czekając na koniec świata.

Wszystko jest inne niż kiedyś. Kiedyś nie było trzystu kanałów telewizyjnych, kilkunastu wydań informacji wieczorem i miliarda newsów w internecie. Teraz możesz być kim chcesz ukrywając się za fałszywym nickiem i niszczyć komuś życie.

Nie jestem w stanie ogarnąć całego świata. Ilość informacji mnie przerasta, fizycznie. Zastanawiam się często, jaka jest naprawdę moja wiedza? Może to wszystko, co wiem, co wydaje mi się, że wiem, to bzdury? Może rzeczywistość jest całkiem inna, może śnimy, że jesteśmy?

Przejmują mnie do bólu zdjęcia zabitych dzieci w Syrii, bieda, historie chorych na Siepomaga. Tak często nie mogę przestać o tym myśleć. Całuję rano dzieci na do widzenia i przytulam je mocno, z całej siły, żeby mi się nie wymknęły, żeby mieć ich dłużej dla siebie. Jakby jutro miało nie nadejść.

Co mogę zrobić?

Moralne dylematy własnego ego versus potrzeba bycia w zgodzie ze sobą, bo świat na zewnątrz nie jest mi obojętny. Mogę anonimowo wspomóc potrzebujących mając nadzieję, że ta pomoc trafi tam, gdzie trzeba. Mogę oddać komuś moje ubrania, zabawki po dzieciach. To wszystko. Albo aż tyle. Kwestia perspektywy. To są drobne gesty wykraczające poza empatię przez internet. Wierzę, że ważne. Że choć trochę mogą pomóc.

Moje całościowe martwienie się, lęki, ilość energii, którą tracę na myślenie o całej reszcie, niczego, absolutnie niczego nie zmieni. W imię zdrowo pojętego egoizmu i własnego zdrowia psychicznego nie ma sensu zajmować się czymś, na co nie mam wpływu.

Moje współczucie i drżenie brody, kiedy oglądam wiadomości nie zmienią sytuacji na Bliskim Wschodzie. Nerw, kiedy widzę polityków, jak machają do mnie palcem z ekranu telewizora też nie zmieni ich przekonań, nie dojdą do nich moje rzucane po cichu przekleństwa. Mój gniew na coś, co dzieje się daleko stąd, pozbawia mnie energii i czasu dla mojej rodziny. Ostatnio zdałam sobie sprawę, że ten  gniew musi potem gdzieś wyjść, wychodzi często w domu.

Nie można się zamykać w czterech ścianach udając, że nic nas nie obchodzi, to jasne, bo to też jest forma skrajności. Rozdęte ego to syndrom naszych czasów, choć przecież od dawna wiadomo, że jesteśmy szczęśliwi w kontekście naszych relacji z innymi. Jesteśmy cząstką wielkiej całości, nie jest możliwe życie w oderwaniu od zależności ze światem na zewnątrz. Skrajna samotność niszczy nas tak samo jak dewastacja środowisko. Gdzie będziemy żyć, jeśli roztopią się wszystkie lodowce?

W współczesnym świecie bardziej niż zwykle potrzebujemy równowagi. Ja potrzebuję bardzo. Szukam jej ostatnio intensywnie, także poza własną głową.

Myślę, że najbardziej trzeba zajmować się tym, co leży w zasięgu ramion.

Być jak najczęściej offline, słuchać ludzi obok, nie wyrzucać jedzenia, gasić światło.

Pytać bliskich jak się czują, a nie, co u nich słychać, przytulać drzewa, dbać o swoje ciało, jeść mądrze.

Uczyć dzieci dbania o wartości, mniej im kupować.

Być otwartym na i dla innych, ale nie dać się wykorzystywać.

Słuchać przede wszystkim własnej intuicji, nie rzeczywistości podanej światłowodowo.

To wszystko są bardzo proste rzeczy.

Które jeszcze jakiś czas temu wcale nie były dla mnie takie oczywiste.

Pozdrawiam zdumiona szaleństwami pogodowymi:O

Buziak.

 

 

 

Tagi
RELATED POSTS
  • Oj, widzę, że u CIebie też dylematy moralne… co to za okres jest to ja nie wiem.

    Ja mam duży problem z nadmiarem informacji. Coraz gorzej jest mi się odnaleźć, coraz więcej kopania w tym bagnie, żeby odsiać ziarno od plew. To jest bardzo męczące…

    A te twoje ostatnie zdania, pogrubione w tekście – mistrzostwo świata! <3

    • Daga, to jesteśmy w tym samym stanie… mam przesyt do granic zniesienia tego ilości, newsów, wszystkiego. Od dwóch tygodni świadomie staram się być nieobecna na fb, nie oglądam wiadomości. Z tego nadmiaru czasem nie można oddychać. I tak, to jest bardzo męczące, żeby odsiać ziarno od plew. Odnależć prawdę i… spokój.
      Dziękuję za ostanie zdanie, buziaki:*

  • Dokładnie tak, skuteczność mamy tylko w zakresie własnych ramion, a frustracje na kilometry dalej. Dlatego jedną z najlepszych decyzji było zrezygnowanie z oglądania/słuchania wiadomości i wchodzenia na portale informacyjne. O wszystkim, co ważne (i nie tylko, niestety) i tak wiem z facebooka, a na portale zaglądam, gdy chcę coś doczytać – kilka razy w roku. Taka harmonia i spokój od gównoburz oszczędzają mnóstwo czasu, energii i negatywnych emocji. 🙂

    • Tak właśnie: nie oglądam od jakiegoś czasu wiadomości, mam niestety lobby telewizyjne w domu, choć ja najchętniej bym się aparatu pozbyła…
      Facebook ograniczam, czuję lekkość i brak przymusu, to dobre uczucie, spokoju.
      Zgadzam się, Aneta, to nasz dobrze spędzony czas i energia w innym odcieniu.
      Ściskam ciepło:))

  • Ilekroć media podają informacje o nowych zamachach myślę sobie, że ten świat jest do dupy. Tak być nie powinno… Nie mam wystarczającej ilości słów na coś tak okropnego. Marzą mi się podróże, ale świadomość tego, że mogłabym spotkać kogoś niezrównoważonego psychicznie na ulicy jest przerażająca. W dzisiejszym świecie bezpieczeństwo stoi pod wielkim znakiem zapytania. Nie ma usprawiedliwienia takich czynów odmiennością religijną. Na nic nie ma usprawiedliwienia, ale zawsze w serduchu mnie ściska jak czytam lub słyszę o ludziach, którzy giną… Nigdy nie zapomnę jak byłam przerażona zamachem w Monachium i zastanawiam się co ja bym zrobiła w sytuacji takiego szoku, gdyby to o mnie chodziło.
    PS. „Być jak najczęściej offline” 🙂

    • Goga,
      mam takie same emocje. Wiesz, ja mieszkam jeszcze w centrum Europy, jeżdżę codziennie do centrum miasta. Czasem myślę, że przecież tu też jest to możliwe.
      Trzeba znależć azyl. Dom, o który się dba, niezależnie od zachowania świata na zewnątrz. Tak myślę cichutko…
      Ściskam:*

      • Masz rację – to bardzo ważne w życiu 🙂 Znaleźć swoje bezpieczne miejsce w tak niepewnych czasach 🙂 Ściskam Cię 🙂

      • Buziak:) wielki jak nie wiem co:)))

  • Miło się czytało. Czasem też mnie bierze na takie „rozkminy” ogolnoświatowe, polityczne. Ale kończą się uczuciem bezradności i frustracji, przez co mogę zaniedbać rzeczy, na które mam wpływ. Jakoś nauczyłem się automatycznie odpychać tematy, które są poza moim zasięgiem. Nie wiem, czy dobrze, czy nie. Np. Polityka przestała mnie interesować totalnie, bo tam priorytet jest na krytykowanie i kończy się frustracją. Skupiam się na tym co mogę, nie odmowię pomocy tam, gdzie mogę. Czasem łapie mnie lęk, gdy pomyślę że niedługo mogę być stary i „jutro” już nie nastąpi. Lęk, że za mało zrobiłem, coś niepotrzebnie odpusciłem. Ale z drugiej strony jaki sens się tak martwić o lata do przodu, skoro nikt nie ma pewności, że przeżyje do jutra. Najlepiej chyba doceniać każdą chwilę, robić co możliwe, rozwijać się do swojego maksimum, szanować, kochać, pomagać, tworzyć i korzystać z przygody zwanej życiem. Miałem też dni, gdzie wyobrażałem sobie, że „jutrak nie będzie – działałem wtedy całkiem inaczej. Ktoś kiedyś powiedział, że na początku życia powinni nam powiedzieć, że proces umierania już jest włączony – też inaczej byśmy żyli na pewno…
    Wybaczcie długi komentarz i może nie do końca kolorowy, ale jest już noc i takie głupotki mi teraz siedzą. Pozdrawiam ?

    • I tego odrzucania automatycznie tematów, które mnie zajmują, niepotrzebnie, uczę się. Jak się wkręcę lękowo, to leci przez cały wieczór…
      Ostatnio zaczęłam po prostu obserwować swoje reakcje na nadmiar negatywnych informacji, zaczęło mi to przeszkadzać. Odcinam maksymalnie tv, Facebook na minimum. Izolacja od nadmiaru dobrze robi.
      Z tym myśleniem, że jutra nie będzie to jest trudna sprawa, mi nie wychodzi, to chyba tylko dla mistrzów zen:)
      A co do tego, że proces umierania już na początku jest włączony-gdyby to nastawienie należało do naszej kultury, moze faktycznie łatwiej byłoby nam koncentrować się na byciu tu i teraz?…
      Pozdrawiam ciepło:)

  • Czyli przechodzimy na zdrowy dystans i chillax 🙂 Miło, że ktoś myśli podobnie 🙂

  • Mam bardzo podobne przemyslenia. Mysle, ze trzeba znalezc rownowage. Wazne jest abysmy nie zatracali zdolnosci empatii i wspolczucia, ale jednoczesnie nie zamartwiali sie za bardzo. Nasz smutek czy lek nie wplynie na sytuacje na swiecie natomiast na nasze zycie i najblizszych tak. Napisalas cos o czyms mysle od dawna… Wydaje nam sie ze duzo wiemy, ale czy naprawde? Rowniez uwazam, ze czasem trzeba sie odlaczyc i planuje wlasnie taki detoks za pare dni ☺️

    • Empatia i jednocześnie nie zamartwiał się naraz… tak, Kamila, tak ładnie to nazwałaś.
      Z tą wiedzą… ile wiemy naprawdę? Według czego to sprawdzić? Ja minimalizuję właśnie obszar swoich zainteresowań, a jeśli wiedza w jakimś nieznanym mi temacie będzie mi potrzebna, sprawdzę. Myślę, że wobec nadmiaru informacj my sami musimy sobie narzucać pewne ograniczenia. A detoks-ja najbardziej jak najczęściej. Real live is the new black. Tak mi się wymyśliło;-)

  • Aga, ja też bardzo dużo myślę o tej równowadze, a raczej jej braku. Jeszcze rok temu sądziłam, że ją znalazłam. I nagle jeden ruch jednego pionka zburzył mi całą partię szachów, którą rozgrywałam od dobrych kilku lat. Kurczę, bardzo bym chciała, jeszcze tak, jak rok temu, mieć ten porządek w głowie, ale domino się przewróciło.Gniew też się zapalił i ten wymachujący palec jest w moim oku. Telewizyjny, ale także ten lokalny. A cudzy palec w oku bardzo nam przeszkadza. Nie wiem jeszcze jak to rozwiążę. Jestem z krwi i kości soliterem i nigdy nie łączę się z żadnymi systemami, ale w pojedynkę można tylko przeklinać patrząc na tą ciemniejszą stronę świata. I muszę Ci powiedzieć, że te małe i drobne dobre ruchy, dobroczynność to jakoś zbyt dla mnie mało na tą chwilę. Chyba się starzeję i budzi sie we mnie fighter 🙂

    • Basia, tak skromnie, to ja tej równowagi szukam codziennie. Bo planować nic się nie da. Tu pląsam szczęśliwa rano i nagle siup, dziękujemy i smarkam w poduszkę:/
      Moje pisanie to jest szukanie porządku i przyznaję, regularność tego bardzo mi pomaga.
      Co do bycia fighterem-ja tak wojuję o równość, prawdę, feminizm, że wióry lecą. Więcej z tego goryczy niż satysfakcji. Ale bycie w zgodzie ze sobą i odwaga: bezcenna.

      A poza tym wszystkim ciągle szukam. Sprawdzam, martwię się, wyciągam wnioski. Jak pisałaś dziś w swoim wpisie o sięganiu do przeszłości i że ideały to nic atrakcyjnego: myślę, że jesteśmy całością,warto spoglądać na boki i swoje doświadczenia.
      Ściskam najmocniej:*

  • Joanna Miałszygrosz

    Moje odczucia są identyczne, ogólny nadmiar, poczucie frustracji i chroniczne lęki o dzieci. Nic tylko paść trupem? Nie pozostaje jednak nic innego jak walka o równowagę, swoją własną. Zero mediów, analizy kataklizmów. Lepiej działać na swoim podwórku, skupić się na tym co nas dotyczy i otacza. Równie zdumiona pogodą ( ducha). ❤️❤️❤️

    • Moja❤️❤️❤️ Zero mediów, analizy kataklizmów. Amen, Sis. Moja Mądrala. ❤️

  • Hmm… i co tu powiedzieć. Trudno się nie zgodzić z Tobą, Znalezienie tej wymarzonej równowagi jest bardzo trudne. Ideału osiągnąć się nie uda. I pewno tak będziemy z jednego bieguna w drugi pływać… Raz się przejmować, a kiedy indziej starać się dostrzegać tylko to co najbliższe nam. I jedno i drugie jakieś takie niepełne albo samolubne. Dostrzegam w tych ciężkich czasach, że udaje mi się coraz to częściej zupełnie nie patrzeć w telewizor, innymi słowy żyć własnym życiem. Ale z drugiej znowu patrząc, jak pójdę do pracy i próbuje przewidzieć w którą stronę pójdą choćby rynki finansowe to się denerwuję, bo gdzieś zatraciła się przewidywalność. A wtedy zwyczajnie żyło się łatwiej….

    • O tak, żyło się łatwiej. Nie było nadmiaru i bombardowania ze wszystkich stron zmieniającymi się informacjami. Tak ja to odbieram. Życie własnym życiem bez telewizora jest chyba zrównoważoną odpowiedzią na prędkość świata…

Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Pisarka z szafy. Zero orientacji w terenie, w kuchni podobnie. Dość wysoka wrażliwość i mocna wiara w sens bycia przyzwoitym. Codziennie rano wstaję, żeby ogarnąć życie. O tym jest ten blog. Czasem wychodzi, a czasem jest śmiesznie. Znaki szczególne #nofilter. Witaj, Czytelniku.