Miejski zen

Góry, lenistwo i zen mieszczucha.

By on 7 lutego 2017

Góry, lenistwo i zen mieszczucha.

Dzisiaj osiągnęłam zen mieszczucha i ogłaszam piąty luty dniem nieprzydatności społecznej. Wobec produktywnego, zajętego świata i szanownego grona trenerów motywacyjnych muszę jakoś usprawiedliwić fakt, że jest 14:55, a ja jeszcze dzisiaj w ogóle, w ani maciupeńkim pojęciu, się nie rozwinęłam. Nic a nic.

Bezczelnie wykorzystuję, że rodzina pracowicie zjeżdża z i wjeżdża na lodowce i inne góry, a ja w dresiku, leżę pod kocem, przytulam na zmianę książki, kubek z herbatą (żeby za często się nie podnosić, zrobiłam sobie cały termos) i łyżeczką z miski wyjadam humus.

Bezczelność moja sięga zenitu, bo oblizując się obejrzałam, skądinąd naprawdę dobre, przemówienie Arnolda Schwarzeneggera, w którym opowiadał o swoich kilku życiowych zasadach, dzięki którym osiągnął tyle, ile osiągnął. I bez przykrości stwierdzam, że w ogóle mnie to nie ruszyło, kiedy on mówił, że kiedy ty, czyli ja, w sensie odbiorca, się bawię, to ktoś inny właśnie ciężko pracuje na swój sukces.

Jadąc wczoraj w te lodowce, zostawiajac za sobą beton i i mantrę codzienną na nic nie mam czasu i pospieszcie się, bo się spóźnimy, coraz bardziej czułam rozluźnienie patrząc na rosnące przed nami wierzchołki gór. Wczoraj ostatecznie umocniło się moje przekonanie, że duże miasta to nie jest moje miejsce do życia i im dalej w las, tym jest mi lepiej. Zdaję się, że mentalnie szykuję się do przeprowadzki.

Żyjemy w takich czasach, że wszystko musi być zdefiniowane i czemuś podporządkowane. Konkretne struktury, książki do obsługi, wszystko nazwane i z jakimś targetem. A ja dzisiaj bez kształtu i zegarka gapię się w okno na zjeżdżających narciarzy i nie myślę o mieście, zadaniach i o tym, co się wydarzy jutro.

Widzę nagle manipulacje świata, który określa nas skrajnościami. Jesteś mądry albo głupi, ładny albo brzydki, z sukcesem lub bez, ekstrawertyczny kontra intro, pracowity albo leniwy. I trzeba się ciągle pod coś podpinać, żeby moc samemu sobie nadać jakiś kierunek. I wygląd.

Jestem matką z takimi i takimi atrybutami, żeby się uznać za matkę dobrą, jestem pracownikiem też spełniającym określone kompetencje, żeby mi za nie płacili, jestem w końcu kobietą, w ramach bycia której powinnam spełniać określone kryteria, żeby mnie skomplementowano jako kobieca.

Tymczasem w taki dzień jak dzisiaj, turlając się po łóżku, grzesząc czasowo na fejsbuku i ciesząc gębę do pięknych zdjęć na insta, po prostu dla wrażeń estetycznych, jestem sobą, człowiekiem bez systemu, bez must have wobec obowiązków wszystkich ról, które pełnię na co dzień.

Społecznie rzecz ujmując lenistwo jest opozycją produktywności i w żadnym stopniu nie jest mile widziane. Stajemy się wartościowi, kiedy coś robimy. Tak o, być dla samego faktu bycia to nie jest sens życia. Gapiąc się na przelatujące chmury zdałam sobie sama sprawę z nawykowego, pracowitego podejścia do spędzania wolnego czasu. Wolny czas trzeba spędzać aktywnie, coś robić, wykorzystać na coś. Bosh, no zrób coś, do cholery! – krzyczy poprawna politycznie i systemowo część mózgu zaprogramowana na to, że tylko jak czymś się zajmuję, to mam jakąś wartość.

Tymczasem dzisiaj jestem rebeliantką i mam zen to do: lenię się pracowicie zajmując się tylko i wyłącznie kondycją swojego umysłu.

Ponieważ stan lenistwa jest rzadką chwila do konfrontacji z samą sobą. Co, muszę przyznać, jest pewną formą luksusu. Bez ustalania limitu poczytać książkę, bez pośpiechu czekać na słońce zza chmur, żeby zrobić kilka zdjęć, wreszcie pozwolić myślom swobodnie się ułożyć, to naprawdę nie jest takie nic.

Skupić się na chwilę, co przez tę głowę przelatuje, nie mocować się z obowiązkami wobec kogoś i czegoś, to jest stan wyjątkowy.

I wobec tego nie mam dzisiaj żadnych produktywnych wniosków, nie jestem w żadnym stopniu społecznie przydatna. Jestem natomiast bogatsza o pewną refleksję, która mi podpowiada, ze od czasu do czasu dobrze jest naprawdę szczerze i bez ściemy się wylenić.

Być dla samego faktu bycia, pomilczeć i zjeść coś pysznego w łóżku, na leżąco, mając w tyłku dobre maniery.

Korzystam ile wlezie, bo nie wiem, kiedy znowu będę miała okazję.

Ściskam serdecznie. Cmok.

 

 

 

TAGS
RELATED POSTS
  • I niech tych chwil bezczelnego, bezproduktywnego lenistwa będzie jak najwięcej. Wbrew i pomimo wszechobecnej mody na celebrowanie zajętości. Aaaa nawet przegryzę za to pączkiem?

    • Aj, pączusie, też tu mamy, bo Austriacy w karnawale objadają się nimi namiętnie:D ogólnie jestem w mekce pączków i alkoholu:))) jem i popijam, a niech tam:P
      Ściskam?

  • Ej a ja poczułam bezczelną zazdrość 😀 bo ja tu zapierdzielam jak grubawy podstarzały samochodzik a Ty te chmury, zen i hummus 🙂 ja ledwo pyrczę, a tam góry, koc i HUMMUS. To ja chociaż ten hummus zjem 😀 <3

    • Basia, to mój pierwszy taki urlop w życiu:)) od soboty ja też brum brum codzienność miastowa;-) humus wyjadlam, a tu wegan nie ma, ani warunków, by zrobić ponownie, więc niestety to już końcówka lenistwa:) ale co zatankowałem, to moje:))

  • Nie dajmy się zwariować jak Ty pracujesz i jesteś produktywna do granic możliwości to zawsze znajdzie się ktoś kto odpoczywa, ale tego nikt nie powie, bo lepiej wzbudzić w Tobie poczucie, że nic robię i to takie złe 😀 To bardzo dobre i przede wszystkim zdrowe czasem się wyłączyć, nie myśleć, nie planować, nie działać, nie robić tylko sobie odpoczywać zasłużenie! I tego odpoczynku życzę Ci dużo o! <3

  • Zazdroszczę i wizualizuję takie właśnie zdrowe i potrzebne lenistwo, które uskutecznię w czerwcu 🙂

    • Dziękuję i już teraz życzę ciepłego, leniwego czerwca:)) ściskam ciepło, Magda.

Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Pisarka z szafy. Zero orientacji w terenie, w kuchni podobnie. Wysoka wrażliwość i mocna wiara w sens bycia przyzwoitym. W dużej torbie wiele małych rzeczy i aparat. Wielbicielka codzienności bez pośpiechu. Znaki szczególne #nofilter. Witaj, Czytelniku.