Parenting Rozwój

Możesz wszystko, czyli motywacyjna ściema.

Przez dnia 24 stycznia 2017

Możesz wszystko, czyli motywacyjna ściema.

Znacie ludzi, tych świetnych ludzi, którzy mają wszystko? Karierę, odpowiednią dbałość o rodzinę, czyste mieszkanie, piękne tricepsy i sprężysty mięsień pośladkowy wielki, sukcesy towarzyskie i wszyscy ich kochają? 

To Ci ludzie wyłaniający się z motywacyjnych treningów i książek albo hologramy do wizualizacji, żeby mieć motywację do zmieniania swojego życia.

Ja nie wiem, jak to się odbywa, że oni mają, osiągają, a ja nie, bo przecież czasu mamy wszyscy tyle samo?

***

Siedziałam wczoraj wieczorem czekając na Bardzo Ważny Webinar, który miał mnie popchnąć na wyższy level pisania. Zapięta na ostatni guzik, modus gotowi do startu start, webinar się zaczął i dzieci też zaczęły. Wieczór, obiecałaś książkę, sto pytań do, po co ja tu siedzę i dlaczego ze słuchawkami, a co ten pan mówi i co ja tu piszę i na to wszystko kot, który zaczął biegać jak wściekły, bo to jego pora na wściekłość wieczorną.

I ja z tym laptopem w ręku, tu słucham, tu umyjcie zęby, A. nie ma w domu, ratunek upadł, wkładam i wyciągam te słuchawki między jednym pokojem i drugim i z wyrzutami sumienia, że co ze mnie za matka, co siebie stawia na pierwszym miejscu. I B&B w końcu poszli spać, a mi entuzjazm skurczył się jak stary kisiel, że to u mnie to się jakoś tak odbywa między staniem na jednej nodze, a  tylko w nielicznych porywach na dwóch.

Bo ja nie wiem, jak można mieć wszystko.

Mam jakieś nieodparte wrażenie, że to mieć wszystko, to jest motywacyjna ściema.

Wydaje mi się, że zawsze jest coś za coś, to chyba najstarsza waluta świata. I że to tak się nie da. Żeby wszystko było i wszystko grało na jednym spektakularnie świetnym poziomie.

Że trzeba zawsze z czegoś zrezygnować albo coś na rzecz czegoś innego umniejszyć albo wybierać.

Nie martwi mnie mój introwertyzm, bo dzięki temu z automatu odpadło mi bogate życie towarzyskie i nie mam wielkiego żalu, że coś mnie omija.

Był czas, po latach obsługi kaszojadów, czyli B&B w wersji przedszkolnej, że zapragnęłam mieć ten piękny triceps i mięsień pośladkowy wielki. Moją idolką została Ewa, a ja bardzo chciałam być wysportowana. Ale przez intensywność mojej fascynacji bieżnią i hantlami, sypało mi się w innych zakładkach. Bo wiadomo, jak ty coś zmieniasz, to zmienia się cały system.  A jakoś tak jest, że dzieci były i są dla mnie najważniejsze. I teraz na spokojnie wracam do biegania i ćwiczę w domu, jak myję zęby, bo to jest na przykład świetna czynność na robienie przysiadów.

Przekonałam się przy okazji pracując, robiąc nadgodziny, intensywnie ćwicząc i robiąc jeszcze weekendowe kursy, że work life balance to też marketingowy chwyt i rzeczywistość, ale bardziej wirtualna. Bo w realu to po dwóch latach poszłam do lekarza i ten mnie zbierał ze swojego biurka ścierając z niego moje smarki.

Myślę o tym, że zapisując się na webinary wieczorem, rezygnuję pewnie z jakiegoś fascynującego serialu na HBO, który wzbudziłby we mnie jakieś wielkie emocje i może nawet wstrząsnął. I przede wszystkim, w niedzielę o dwudziestej, rzucam się na pożarcie wyrzutom sumienia, znanym zdaję się większości matek polek.

Zamiast się rozleniwiać w sobotni poranek, ja zbieram skrawki myśli zapisane na kartkach i układam coś do napisania. Rezygnuję z nicnierobienia i ciszy, na rzecz stukotu na klawiaturze i na szybko odkurzonej podłogi.

Czyli w sumie wychodzi na to, że poza dziećmi, sporadycznym wyjściem z A. do restauracji i pisaniu, które uprawiam w międzyczasie, nie mam nic spektakularnego. Takiego do pochwalenia się. Ani tricepsu, ani pokaźnego konta, ani widocznej z daleka kariery.

A może ja się za mało staram, analizując filozofię współczesnej motywacji i rozwoju osobistego? Może nie mam ambicji? Może jednak przydałoby się mieć bardzo długoterminowe cele? Strategie i konsekwencje? Może to brak tego odpowiada za przeciętność osiągnięć i wieczną żonglerkę?

Nie wiem. Ale może to jest tak, że ci, co to wszystko mają albo opowiadają, jak to mieć, to trochę naciągają, żeby więcej sprzedać? Że to tylko z zewnątrz tak pięknie wygląda i jest opakowane, a dalej to tam jest sztab do obsługi, który z nimi współpracuje i ułatwia, oprócz tricepsu rzecz jasna, bo ten trzeba sobie wypracować samemu?

A może chodzi o to, że jestem kobietą i do tego matką, a tu w grę wchodzi poważny czynnik zawszopierwszeństwa potrzeb dzieci, potrzeb ogarnięcia domu i świata, a potem dopiero własnych? Dlatego mi nie poszło z tricepsem i karierą?

A może ja po prostu nie chcę mieć pojedynczego wszystkiego i każdego, nie jest mi to potrzebne, tylko się książek o rozwoju naczytałam i naoglądałam trenerów motywacyjnych i zaczęłam za dużo o tym myśleć?

Może moje wszystko to jest drobna całość: dom i niespektakularne życie z ekstrawagancją w postaci pisania bloga?

Może sukcesy nie muszą być wielkie i im bardziej żyje się w zgodzie ze sobą, tym mniej potrzeba podpowiedzi z zewnątrz?

Może w życiu jest tak, jak z rozdziałami książki: często w każdym rozdziale inny bohater ma pierwszoplanowe miejsce? Teraz jest czas cieszenie się wyrównaną fazą kilku priorytetów. Ogarniania dzieci, szukania prostoty i znalezienia trochę czasu na pisanie?

***

Wczoraj starszy B miał tenisa, A został w domu z młodszą B, a ja w tym czasie biegałam przy całkiem sporym chłodzie, co dobrze mi zrobiło. A w uszach płynął cichutko mądry podcast. O tym, żeby słuchać siebie i żyć po swojemu i w swoim tempie. Po prostu.

Może po prostu nie można mieć wszystkiego naraz na wielu poziomach  i to jest oczywista oczywistość i życie bez filtra?

Pozdrawiam pochłonięta myślami o wiośnie.

Cmok

Tagi
RELATED POSTS
  • Agnes mysle, ze napisalas tu o bardzo waznej rzeczy, zyciu w zgodzie z soba! To tak naprawde jest najwazniejsze. Bycie autentycznym a nie udawanie kogos kim sie nie jest. Niestety czesto porownujemy sie do innych. Media spolecznosciowe pomagaja ludziom kreowac chciany idealny wizerunek, ktory tak naprawde nie jest prawdziwy. Zgadzam sie z Toba, ze nie da rady miec wszystkiego, trzeba wybrac co jest dla nas priorytetem. Nie trzeba miec kariery, zadbanego domu, ogarnietych dzieci, super fryzury i hybryd, chodzic na fitness a wakacjie spedzac za granica co roku by moc powiedziec ze jest sie szczesliwym. Oczywiscie, duzo zalezy tu od naszej hierachii wartosci. Bardzo dobry tekst jak zwykle! Zycze Ci, abys zyla zawsze w zgodzie z soba i odnajdywala w tym radosc i szczescie! Pozdrawiam! 🙂

    • Dziękuję, Kamila:) poruszyłaś cholernie ważną kwestię- wizerunku życia z mediów społecznościowych… pięknej filtrowanej bujdy. Tak łatwo ulec tej iluzji posiadania wszystkiego i bycia niestarzejącym się awatarem;-)
      A przecież poczucie zadowolenia wypływa zawsze z nas. Tylko.
      Ja też życzę Ci mocno wszystkiego dobrego i radości z własnego świata:)
      Pozdrawiam ciepło!

  • Też mam czasami takie przemyślenia, że co ja praktycznie w życiu osiągnąłem? Jak już trochę oprzytomnieję z tej potrzeby bycia sławnym, to idę na długi spacer i przypominam sobie wszystkie te chwile, kiedy naprawdę byłem szczęśliwy, żyłem zgodnie z sobą. I zauważam, że te chwile nie mają nic wspólnego z żadną sławą, są to chwile zwyczajnego życia… Mam wrażenie, że jednak ten trend rozwojowy, przeradza się w przymus rozwoju i potem masz problem, że za mało ambitne cele, że za mało webinarów, medytacji, produktywności i work life balance…
    Co to był za ciekawy webinar, którego do końca nie mogłaś wysłuchać?

    • Tomka Tomczyka o rozwoju bloga;-) skończyło się na tym, ze słuchałam w kuchni gotując zupę na następny dzień…
      A tak serio: potrzeba bycia sławnym… ładnie to nazwałeś… piękna refleksja: że najlepiej jest wtedy, kiedy się odbywa zwyczajne życie. Bardzo się podpisuję.
      A z tym rozwojowym trendem- zgadzam się. Masz się nieustannie ulepszać i optymalizować. A za wszystkim jest jedno, piękne, stare jak świat słowo: kup. Kup moje rady, kursy, książki.
      Przecież jeśli chcesz się zmienić albo ulepszyć, to musi to wyjść z Ciebie, z własnej chęci, z wewnątrz. Osobiście nie cierpię rozwojowych książek Made in USA. Tak przy okazji robi się okropną krzywdę coachingowi, którego się pod to podpina…

  • Widzisz Aga, nie można mieć wszystkiego, bo dopadłoby nas szaleństwo. Mózg nie udźwignie, prawda? A Ty masz taki piękny wyciszający blog. I ten strumień słów, który wygląda i brzmi w moich uszach jak najpiękniejszy górski wartki potok. Połyskujący od iskierek światła. Miękki od mchu, który zamieszkał na kamieniach. Szybki, ale kojący. Naturalny. Taki, że chce się z nim być. I nawet jak zamykam oczy to go widzę. <3

    • W sumie racja Basia :), zapomniałam dopisać, że dzięki tekstom Agi łatwiej nam znaleźć normalność. I poczuć, że jesteśmy podobne, z takimi samymi rozterkami.

    • O kurka… Basiu, tak pięknie o moim miejscu<3
      Mieć takich Czytelników: zaszczyt. Dziękuję, bardzo pokornie.
      I masz rację: od wszystkiego moglibyśmy oszaleć. Ściskam bardzo ciepło<3

  • Dla mnie ważne jest, by mieć to (i tylko to), co chcę mieć. Bo w sumie dlaczego coś, co jest DLA MNIE ważne, miałoby być powiedziane mi z zewnątrz? Pamiętam, jak próbowałam przekonywać rodziców do czegokolwiek argumentem: „Bo wszyscy mają”. Bolesne to dla mnie wtedy było, ale zawsze słyszałam, że przecież ja nie jestem „wszyscy”. Później z tego wyrosłam (choć bez terapii się nie obyło). Odnoszę wrażenie, że wiele osób z tego nie wyrosło i na tym bazują owi mówcy i piewcy ideologii: „Możesz wszystko”.
    Tak, pewnie, że mogę wszystko. Pytanie, co z tego „wszystkiego” przyniesie korzyść?
    A może ja po prostu się starzeję?
    Cmok!

    • Nie starzejesz się:))) znam bardzo dojrzałych, którzy nigdy tego etapu, na którym Ty jesteś, nie osiągneli.
      Świetna uwaga: dlaczego coś, co jest dla Ciebie ważne, ma pochodzić z zewnątrz. Takie proste…
      Ja tak sobie myślę, że gdyby dzieci w szkole miały trochę filozofii i etyki, to psychoterapeuci nie mieli by tak dużo pracy. Mnie dotarcie do momentu, w którym zaczęłam spełniać swoje potrzeby, a nie „swoje według świata na zewnątrz” też zajęło setki godzin pracy.
      Tak, Kasiu, masz rację: czy z tego wszystkiego naprawdę wszystko jest nam potrzebne?
      Ściskam całuśnie:))

      • Starzeję, starzeję, biologii nie okłamiesz (a z fizjoterapeutką gadasz 😉 )

        Ale. Wydaje się, że na dzieci z rodzin, w których ich potrzeby są normalnie, naturalnie (z miłością!) zaspokajane, trudniej jest działać środowisku zewnętrznemu. Takie dzieci, później młodzi ludzie, później dorośli ludzie, nie mają potrzeby/przymusu szukać akceptacji/potwierdzenia własnej wartości u rówieśników, czy w oczach sąsiadów.

        Oczywiście temat jest szeroki i nie szukam winnych, a już na pewno nie w pokoleniu, któremu przyszło się zmierzyć z przewrotem polityczno-gospodarczym otaczającej ich rzeczywistości.

        Tak czy siak, żeby myśleć, trzeba się zatrzymać. I nie ważne, czy nazwiemy to medytacją, rekolekcjami, SPA, prasowaniem, wszamianiem budyniu, czy innym wypadem w góry. Trzeba/warto się zatrzymać. Przeczekać myśli, bo na początku będą szaleć. Kiedy już się zmęczą – nastaje w środku taki niesamowity spokój…

        Zobaczyłam to w zeszłym roku bardzo, ale to bardzo mocno, kiedy pojechałam (po raz kolejny, a jakby pierwszy) na 8 dni w kompletną ciszę. No phone, no net, no TV, no talk, nothing. Cisza… Dopiero, gdy nastaje taka cisza, widać, w czym jest się na co dzień i ile to zużywa energii!

        I na koniec. Mega frajdę sprawia mi, kiedy w rozmowach ze znajomymi/przypadkowymi ludźmi/rodziną w jakimś kontekście mówię: „Ja w sumie nie wiem. Od 4 lat nie mamy telewizora”. Wtedy na chwilę zapada taka niesamowita: .

        Cmoki 🙂

      • Jak Co dobrze bez tej tv. Ja mam w domu silne lobby telewizyjne, pozostaje mi po prostu tego unikać, co też czynię.
        Zgadzam się bardzo, że w domach, gdzie dzieci mają miłość i szacunek, świat tak bardzo się nie wbija ze swoją filozofią zawsze posiadania za mało.
        I też bardzo podpisuję się pod zatrzymywaniem od czasu do czasu. Na tę ciszę. Był czas, że medytowałam. Bardzo mnie to inaczej nastrajało od rana do świata. Wprowadzało tę ciszę i dystans do prędkości. Jestem powoli gotowa, żeby do tego wrócić.
        Buziaki:)

  • Życie do jeden wielki kompromis. A z tymi motywacjami to chyba jest jak z gonieniem króliczka, ale tak żeby nigdy go nie dogonić… Nie da się Aga inaczej. Jak to do mnie dotarło jakiś czas temu to drugą myślą było, że chyba już jestem bardzo stara, że na to wpadłam. Ale teraz mi łatwiej, choć też czasami zapominam, że już wiem te mądrości i zaczynam starać się być idealna…. I tak w kółko. A w sumie przecież oby jakoś dotrwać do wiosny 😉

    • To chyba nie ma nic wspólnego ze starością…:-) ja myślę, że to kwestia refleksji, która przychodzi, przez chwilę staramy żyć zgodnie z jej prawdą. Ale ponieważ jesteśmy istotą społeczną, ulegamy wpływom i potem może się zdarzyć, że znowu gonimy za króliczkiem. Ludzka rzecz. Ja też coś wiem i jestem przez chwilę mądra, a tu nagle bardzo chcę być jak ktoś inny, póki znowu nie zmądrzeję na chwilę;-) przewrotna ludzka natura…
      Ale-oby do wiosny, wtedy jakoś łatwiej i jest się wobec samego siebie przyjaźniejszym:))

Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Pisarka z szafy. Zero orientacji w terenie, w kuchni podobnie. Dość wysoka wrażliwość i mocna wiara w sens bycia przyzwoitym. Codziennie rano wstaję, żeby ogarnąć życie. O tym jest ten blog. Czasem wychodzi, a czasem jest śmiesznie. Znaki szczególne #nofilter. Witaj, Czytelniku.