Relacje małe i duże Rozwój

Wiedzieć lepiej.

Przez dnia 29 listopada 2016

Wiedzieć lepiej.

Żyjemy w takich ciekawych czasach, że każdy może być mądry i ma jakąś opinię. Dzięki całodobowemu dostępowi do internetu i miliardom nowych informacji dziennie, można mieć zdanie na każdy temat i formować je każdego poranka na nowo. 

Można wyrobić sobie zdanie na temat polityki, książki, stylu życia i na temat kogoś. I każdy wie lepiej, każdy ma swoją lepszą rację. Można się wypowiadać, komentować i mówić lepiej zrób to, na twoim miejscu zrobiłabym to. Albo to co robisz jest bez sensu. I ty do dupy. 

Ludzie oceniają i wypowiadają opinie nie znając kontekstu, po prostu święcie wierząc w nieomylność swoich słów i własnych, zawsze lepszych wyborów.

Tak mi się jakoś poukładało, że od bardzo wielu lat jestem zdana na podejmowanie decyzji sama. Dojrzałam życiowo dość wcześnie, nikt nie towarzyszył mi, jak podjęłam pierwszą po studiach pracę, jak zdecydowałam się założyć rodzinę i urodzić dzieci. Wszystkie dorosłe odcinki mojego życia, odbywały się metodą prób i błędów i nauki brania na klatę własnych wyborów. Czasem lepszych, czasem gorszych.

Nauczyć się rozumieć.

Pracując teraz z ludźmi i ogarniając im życiorysy, nie tylko na papierze, nabieram tym bardziej przekonania, jak subtelną  i skomplikowaną materią są ludzkie doświadczenia.

Każdy z nas składa się z codziennych decyzji, lepszych, głupszych, ale naszych własnych. I to, co jest dobre dla mnie, niekoniecznie musi być dobre dla ludzi, którzy opowiadają mi swoje historie i szukają odpowiedzi, co dalej. Nie mówię im, jak mają żyć, bo to ich historia, pytam, co chcą i mogą z tym, co mają, zrobić.

Myślę, że życie byłoby dużo prostsze, gdybyśmy przyjęli, że ludzie nie potrzebują na dzień dobry naszych rad i naszej opinii o sobie. Potrzebują wtedy, kiedy o nie poproszą. Tylko wtedy.

Wiem, że nieocenianie kogoś udaje się tylko mocnym jak Jedi tybetańskim buddystom i nam, zwykłym śmiertelnikom, z automatu narzuca się opinia na temat kogoś, czegoś i jakiegoś wyglądu, w końcu to prawo psychologii, że coś widzimy i natychmiast interpretujemy. I nie od parady mówi się, że pierwsze wrażenie ma tylko jedną szansę. Ale to, co myślimy, a to, co i jak komentujemy na czyjś temat, to zupełnie inna sprawa.

Każdy z nas chce być najfajniejszą wersją siebie, robi i otacza się tym, co mu się podoba i co dla niego jest najlepsze. Moje lubienie czegoś i podobanie się też ewoluuje. Kwestia dojrzałości, zmiany poglądów i potrzeb.

Nie przyszłoby mi do głowy mówić komuś, że powinien kochać szpinak, tylko dlatego, że ja jestem roślinożercą. Nie wypowiadam się na temat metod wychowywania dzieci, tylko dlatego, że jakaś metoda sprawdza się u mnie. Szanuję wybory życiowe innych, dla których symbolem statusu są rzeczy, podczas kiedy mnie odpowiada mieć mniej.

Nie oceniam wartości czyjejś pracy i nie mówię, co mi się podoba, a co nie i co powinno być. Czyjaś praca i twórczość jest zawsze wynikiem jakiegoś wysiłku i chociażby z tego powodu należy się komuś szacunek. Nie wchodzę do czyjegoś mieszkania i nie krzyczę jessu, kto ci podpowiedział ten kolor ścian. Nie krzywię się na widok rozhisteryzowanego dwulatka i matki, która na niego krzyczy. Może walczy z nim od godziny, może właśnie wraca z pracy i nie ma siły na cierpliwość? Nie wiem.

Myślę o chłopcu, który od jakiegoś czasu przychodzi do starszego B, grają razem w Minecraft. Głośny, nadpobudliwy, jego emocje, kiedy gra, rozsadzają pokój. I najprościej byłoby włożyć go w pudełko kiepskiego wychowania. Ale on ma za sobą dzieciństwo bez rodziców i mobbing w poprzedniej szkole. To tłumaczy to wielkie rozedrganie, nawet jak oddaje talerz po zjedzonej u nas zupie.

Nie zadać sobie pytania dlaczego jest najprościej i akurat tej prostoty nie lubię.

Zrzucamy z siebie własne frustracje według przewrotnej zasady, której nie jesteśmy świadomi, że tam, gdzie nas samych najbardziej uwiera, tam najczęściej mamy najwięcej do powiedzenia.

Komentowanie cudzego zachowania, czyjegoś życia, mówienie komuś, jak ma żyć w ogóle, jest dużo łatwiejsze niż zajmowanie się sobą. Usprawiedliwia często własne braki i nieudane wybory.

Uczę się wysiłku zastanawiania się nad ludźmi. To narzuca pokorę i odbiera arogancję bycia lepszym. Rozmawiam też o tym często z moimi dziećmi.

Nikt z nas nie chce być śmieszny, kłopotliwy, za mały, za wysoki, za głupi, źle wychowany. Nikt z nas nie rodzi się zły, zbyt głośny, zbyt wycofany.

Dzieci nie rodzą się nadpobudliwe, krzykliwe i agresywne. Za tym stoi zawsze jakaś smutna, dziecięca historia, która rośnie, aż stanie się dorosła.

Każdy z nas chce być wystarczający. Każdy z nas pragnie być szczęśliwy ze sobą.

Może gdybyśmy tylko się częściej zatrzymywali w pół słowa zanim znowu będziemy wiedzieć lepiej?

Rzeczywistość nadmiaru dotyczy też słów.

Nie wszystko musi nam się podobać, nie wszystko musimy akceptować, ale można zdobyć się na ten wysiłek i pozwolić innym być sobą i żyć po swojemu.

W końcu tego większość z nas też chciałoby dla siebie, czyż nie?

Pozdrawiam, czekając już z młodszą B na Mikołaja:)

Cmok.

Tagi
RELATED POSTS
  • Zawsze, kiedy przeczytam jakiś tekst u Ciebie to on automatycznie zmusza do refleksji nad ludźmi i sobą też. Masz rację, że tak łatwo przychodzi nam wydawanie opinii o innych choć tak naprawdę niewiele wiemy, bo co nam może powiedzieć jedno spojrzenie. A my pod jego wpływem jesteśmy w stanie wyrobić sobie zdanie, często niepochlebne, nie wiedząc nic poza tym co oczy zobaczą. Ale może rekompensujemy sobie takim zachowaniem jakieś poczucie bycia lepszym od innych, bo ja wiem, a on nie. Nie radzę ludziom w życiu. Ok piszę sobie tego bloga, na którym się wymądrzam, ale piszę o tym co przeżyłam co czuję i co siedzi w głowie nie mówiąc masz tak zrobić, bo to co ja powiem jest dobre. Ale chciałabym tym skłonić każdego w jego małym świecie poukładanym różnie przez życie do takiej refleksji, która do jego historii pasuje. Za to wielu jest takich, którzy wiedzą lepiej niż my sami. Świetny tekst.

    • Myślę, Milena, że to jest właśnie powód, dla którego tak szybko formułujemy opinie o innych- rekompensujemy sobie własne frustracje.
      Wiesz, ja tez pomyslałam pisząc ten tekst o blogowaniu, że też przecież wypowiadam się na różne tematy. Ale blog ma inną konwencję, jest otwarty, czytelnik decyduje, czy przyjmuje naszą ofertę myślową. Wyrażenie poglądu nie jest równoznaczne z komentarzem bezpośrednio kimś czy tez krytyką. I ja mam w swoim pisaniu podobną misję do Twojej- zatrzymać i skłonić do myślenia. Tekst jest formą otwartą, bardzo staram się nie mówić zrób to i to, chyba, .że uderzam w sarkazm i ironię, ale to też inna konwencja.
      Dziękuję Ci serdecznie za komentarz i ciepłe słowa:-))

  • To szybkie ocenianie zdaje się wynika z ewolucji. Przez wieki człowiek musiał błyskawicznie oceniać sytuację, nie było czasu na zastanawianie się czy ten facet z dzidą w ręku trenuje do olimpiady, czy jednak chce mi wypruć bebechy. Obecny kontekst kulturowy też toleruje jedno rozwiązanie – coś jest właściwe, a coś nie. A z pułapki dawania dobrych rad ciężko jest się wyrwać – jedni dają rady, drudzy ich oczekują. Widzę to po coachingu, jak ludzie nie radzą sobie w sytuacji, gdy zamiast rady otrzymują pytanie.

    • Mówisz, że nie radzą sobie z pytaniami… to ciekawe, czyli jednak bierność jest prostsza? Usłyszeć radę, nie szukać w sobie rozwiązania?

      • Oczywiście. Na sesji coachingowej, czyli u ludzi bardziej świadomych często widzę ten grymas zirytowania, gdy zamiast prostej i krótkiej porady otrzymują pytanie. Wiesz, ludzie w swojej masie wcale nie oczekują wolności wyboru, tylko ścisłych wskazówek. Świetnie o tym pisał Erich Fromm w „Ucieczce od wolności” analizując fenomen faszyzmu.
        Pewnie można by to podejście zmienić przez świadomą edukację, ale w szkołach nie uczymy się myśleć, wybierać, zastanawiać się co jest tak naprawdę dobre dla mnie, tam uczą nas, że jest tylko jedno prawidłowe rozwiązanie, tak jak w każdym teście.

      • Wolność jest trudna. Bardzo, nawet nie wiesz jak bardzo Dawid, zainspirowałeś mnie właśnie do pisania.
        Tak, bardzo masz rację, grupa i brak wolności wyboru jest prostsza… trudne czasy chcąc nie chcąc osadzając się w aktualnej rzeczywistości…

  • Ja tak miałam. Jestem żywym przykładem tego, że „radzenie innym” wynika z niezajmowania się własnym podwórkiem, choć wtedy nazywałam to POMAGANIEM. I zdecydowanie wolałam „pomagać innym” (jeszcze w imię własnych wartości, które mówią, że trzeba pomagać) niż zajmować się własną rzeczywistością.

    Bolesną szkołę przeszłam, bo w mojej rzeczywistości było sporo do poukładania, wróć – do przeżycia. Szkołę umiejętności zajmowania się swoi życiem, nie cudzym, ale dziś wiem, że warto było. Teraz już nawet nie pytam „dlaczego” ktoś tak, czy inaczej wybiera. Nie mi poznawać powody (często własnych do końca nie znam, co dopiero cudze!), nie mi wydawać sąd o słuszności, racji, czy lepszości. Każdy z nas – dorosłych – ma swoje wybory i na tym chyba dorosłość polega. Że się wybiera, że podejmuje decyzje, że ponosi się – jakie by nie były – ich konsekwencje.

    Dziś? Dziś nie mam często czasu zajmować się cudzymi problemami. Mogę jedynie potowarzyszyć, co czasem zadziwia tych, którzy wciąż żyją obok. Bo moja zmiana niejako wymusza zmianę ich przyzwyczajenia do tego, że wezmę odpowiedzialność za ich wybory…

    Wyniosłam z tej szkoły kilka rzeczy również dla siebie. Naumiałam się prosić w miejscu oczekiwania. To dla mnie mega ważne. I granice. Cały czas badam, gdzie je mam (czasem bada też moje otoczenie). Zdarza się, że się zapomnę, ale już wiem, że w ogóle we mnie istnieją, że warto je stawiać, że umiem ochronić siebie.

    Aaaaa się rozpisałam… Ale to akurat jakoś temat leżący mi na serduchu 🙂

    • Masz rację z tym pomaganiem, im więcej w nas wolontariusza w każdej dziedzinie życia, tym więcej ucieczki od własnego podwórka. I zawsze, świadomie piszę zawsze, łatwiej jest się zająć innymi niż sobą. Też to trochę przeszłam.

      Towarzyszenie innym jest ciekawym doświadczeniem. Słuchanie, zostawienie ludziom miejsca na ich własne życie. Słuchanie siebie. Często myślę, że po prostu nic nie komentować, przyjąć świat i ludzi bez słowa, to takie uwalniające.

      To jest też powód, dla którego świadomie nie udzielam się często w grupach na fb, w których jestem. Nie dlatego, że temat mnie nie interesuje, ale dlatego, że pomagaczy jest tyle że mój wolontariat się nikomu nie przyda.

      A stawianie granic to świetny dowód na jakąś dorosłość, ten świetny rordział, gdzie nasze życie odbywa się dzięki nam, tylko. Tonz jednej strony ciężkie domzniesienia, z drugiej świetne-móc od początku do końca decydować o sobie:)

      Serdeczności<3

  • Bardzo przekonałaś mnie krzyczącą matką. Masz rację. Ja też kiedyś potrząsnęłam mocno moim synkiem, po jakiejś tam długiej marnej nocy i jego niekończącym się marudzeniu. Miałam 23 lata i byłam młodą zmartwioną mamą. A inna, o wiele starsza mama, która mnie mijała w parku palnęła mi kazanie, które pamiętam 24 lata później, dziś. Powiedziała mi, że ona wychowała 3 synów, bez takich tam histerii jak ja … Został mi wstyd i mam go do dzisiaj. Ale ona nie była na moim miejscu, nie czuła tego, że sobie nie radzę. Nie powiedziała JAK sobie radzić. A co do dzieci … Pracuję z tymi 16-19, ale widzę, że każde nosi jakąś swoją historię. Lepszą, lub gorszą. I warto o tym pamiętać …

    • Dziękuję, Basiu. Ja też mam tak wiele marnych nocy i jeszcze bardziej marnych skutków nie radzenia sobie po niej z własnym synem:((( tak się uczę tych znaków zapytania, co za kim stoi, ciszy, żeby nie mówić i komentować. To trudne, ale każdy zasługuje na brak komentarza, a ma pewno na akceptację… ściskam mocno.

  • Pingback: Za co dziękuję? Przełomowa historia starego i nowego roku! - lifetaste.pl()

Aga Krzyżanowska
Wiedeń/ Świdnica

Pisarka z szafy. Zero orientacji w terenie, w kuchni podobnie. Wysoka wrażliwość i mocna wiara w sens bycia przyzwoitym. W dużej torbie wiele małych rzeczy i aparat. Wielbicielka codzienności bez pośpiechu. Znaki szczególne #nofilter. Witaj, Czytelniku.